poniedziałek, 17 listopada 2008

external babysitting

Dzisiejszej nocy modrzewie zrzucily futro.
Na moj samochod.
Rano wyruszylam do pracy paleolitycznym jezem na kolkach.



Moja przeurocza tesciowa wyszla dzisiaj z malym dzieckiem poza obszar mieszkania.
Juz to samo w sobie jest dosc dziwne.
Robi sie mniej dziwne, gdy sie okazuje, ze powodem wyjscia bylo, jak zwykle, duze dziecko. Polazla po nie do szkoly.


To jest silniejsze od niej.


Gdyby mogla, wcisnela by je w becik i podala mu calodobowy cyc o smaku ptasiego mleka.
Zatem troskliwie podreptala po dziubdzisia do szkolki.
Byl tylko jeden szkopul.


Ten obcy. Ten od tej.


Zapakowala wiec obcego w byle co, jakis podkoszulek, kalosze i cienka kurteczke, zakula w wozek, derki nie dala, siana nie dala i godzine krazyla  pod szkola jak sep w oczekiwaniu na dziubdziusia z basenu, a obcy zamienial sie w sopel lodu smagany polnocnym wichrem.
(Jesli ktos nie wie jakie to uczucie, proponuje ubrac sie jak wyzej i posiedziec w podobnych okolicznosciach godzine na przystanku autobusowym)
Jak wrocili, obcy byl caly niebieski z zimna tylko lapki mial bordowe.


Ja piernicze.


Rozumiem, ze mozna kogos zupelnie nie kochac, ale zeby az tak?


Zdziwila mnie mocno, poniewaz zawsze miala sklonnosc do ekstremalnego przegrzewania.
No, ale pakowala w lipcowe puchy dziubdziusia.
A obcego postanowila zmrozic chlodem w listopadzie.
I glodem chyba tez, bo jak wrocil pozarl dwa schabowe i prosil o jeszcze.


Jeszcze tylko 9 miesiecy i malec pojdzie do przedszkola.
Zaokraglam zawsze do pelnego miesiaca dla lepszej optyki.
I tak np. 1 grudnia bedzie juz tylko osiem.
Codziennie rano otwieram oko i pilnikiem robie kolejna kreske na scianie.


Zeby sie tylko nie rozchorowal, moj maly, ufny, dzielny, cierpliwy czlowieczek.


Byle do wrzesnia.
Musimy dotrwac.
Przyslijcie jakies koce.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza