czwartek, 22 stycznia 2009

famous blue raincoat

Osoby szczerze zmartwione stanem słynnego nowego Leksusa Kota, spieszę uspokoić, ze jest zdrów i cały i nic mu nie grozi.


Stoi sobie ciepły i bezpieczny w klimatyzowanym wnętrzu, wypolerowany i pieknie oświetlony. Wywoskowany. Dopieszczony.
Bo gdzież może być lepiej samochodowi niż w przestronnej macicy salonu samochodowego?
Na zewnatrz czyhaja same niebezpieczenstwa, takie jak, na przykład, hydrant zapakowany podstępnie w bałwanka.


Nie, nie, nie.
Jeszcze raz nie.  J e s z c z e  nie.
Podobno.


To nie nowy Leksus Kota ucierpiał. To ciągnie się za mną kryptonim Peżot. Ciagle nowe ksera i papierki, dokumenty, oświadczenia, rzeczoznawcy, świadkowie. (Jak mi ktoś sobie kupi na te ksera lodówkę, to uprzedzam, że sie do tego kogoś wprowadzę. Z DZIEĆMI.)


Można by pomyśleć, że to ja dobiłam autem do bliźniaczych wież WTC i one sie od tego przewróciły.


O czym to ja miałam? Bo przecież nie o Leksusach, cóż mnie one obchodzą.


A, o teoretycznie romantycznych związkach z trudnymi mężczyznami.
Ale teraz nie mam czasu.
Na trudne związki, ani w ogóle.



Nienawidzę swojej pracy.
Związana z nią tematyka tak mi już obmierzła, ze chyba przejdę na islam.
Nie widzę innego wyjścia, ponieważ wszyscy wokół pierdolą obecnie o kryzysie i raczej nie mam szans a zmianę zatrudnienia.
Więc sobie zmienię wyznanie chociaż.


Muszę. Cokolwiek.
Bo oszaleję.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza