poniedziałek, 17 sierpnia 2009

szarpię życie

Czasami bywam bardzo nie-zen.


W zasadzie, z małymi wyjątkami, ulotnymi zachwytami, bez przerwy jestem nie-zen, ale walczę.
Biję się po pysku i syczę: zobacz  m o t y l e k, ty głupia krowo, patrz i ucz się, ty sfrustrowana klępo, popatrz, kropla rosy, żdźbło trawy, spójrz jaki polny jest ten konik, przestań stękać MASZ WSZYSTKO.


I zwykle ten pruski dryl odnosi jako taki skutek. Zamykam oko i wytężam czucie. Dopuszczam do siebie fale radości, otwieram tamy z ale, ale, ale.


Ciężka to praca.


Tamy wciąż rosną, fale umykają, pocę się, wiję, lecz nie przestaję. Napinam percepcję, łowię to piórko na dłoni. Nie daję się. Walczę. Czasem udaje mi sie wygrać.


Ale bywa taki dzień, gdy nagle staję w krzyżowym ogniu, kiedy raptownie zderzają się we mnie czołowo fatalny nastrój, PMS, menopauza, cellulit, kryzys wieku średniego oraz fakt, że nie mam co na siebie włożyć.
Skutkiem tego karambolu doznaję ataku paniki, że oto życie mija a ja w czarnej dupie.


Bezzwłocznie wszczynam śledztwo w sprawie bezpowrotnie zmarnowanego życia i po byskawicznym dochodzeniu ustalam winnego: małżonka.


Skoro tylko udaje mi się bezbłędnie zlokalizować winowajcę, rozpoczynam proces w sprawie. Wywlekam na wokandę okoliczności obciążające, dowody rzeczowe, odciski palców, zeznania naocznych świadków i krwią naznaczone narzędzia zbrodni.
W mowie oskarżycielskiej punktuję wszelke zaniedbania, zaniechania, grzechy i afronty, jakich oskarżony dopuścił się pod adresem ofiary w przeciągu.


W efekcie zapada wyrok: zazwyczaj skazuję go na śmierć.


W ostatnim słowie skazany zwraca się do Wysokiego Sądu:


SKOŃCZ PIERDOLIĆ!!!


I znowu jest prawie-zen.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza