poniedziałek, 2 listopada 2009

narodziny gwiazdy

Właściwie, spośród okolicznej ludności jedynie ja jestem na tyle staromodna, aby się rozmnażać.


Inni kultywują młodość oraz kult ciała oraz kult niepohamowanej konsumpcji.
Moja młodość mija bezpowrotnie na robieniu kakała i sadzaniu na nocniku. Oraz zamiataniu czekoladowej kuwetury spadłej z pierniczków. Proszę, żeby nie kruszono, że to nawet będzie korzystniej kiedy czekolada, zamiast spaść na podłogę, trafi do pysków, ale nie słucha się mnie wcale.


Rozmnażanie przysparza wielu trudności. Nie jest łatwe, nie jest proste.


Nie da się, powiedzmy, swobodnie popaczeć na telewizor.
To znaczy, można próbować, ale zasłaniają i gadają i kwiczą, a jak nie kwiczą przez chwilę, jak się zapomną, to zaraz sobie przypomną i się natychmiast wzajemnie napastują. I kwiczą.


Oglądaliśmy, na ten przykład, mam talent.


Wróć! Inaczej.


W pocie czoła usiłowałam oglądać program rozrywkowy, wijąc sie i gimnastykując odcinek szyjny. Wytężając zmysły, zwłaszcza słuch.


W tym czasie najpierw rozmontowana została kanapa: powstała na podłodze specjalistyczna baza do celów poznawczych.
Wywleczone zostały karimaty z zakamarków oraz pościel z sypialni.
Potem publiczność zainstalowała się na pozycjach i legła.
Po trzydziestu sekundach publicznością owładnęła nuda i jęła ona wierzgać nogami trafiając się wzajemnie w odsłonięte części ciała.


Skutkiem tych zdarzeń rozrywka telewizyjna mi nie wyszła. Nic nie wiem: kto tańczył, kto spiewał, kto sobie wróżył z dymiących flaków i jakie były zapatrywania żury.


Ale nie ma tego złego, gdyż wyjąwszy drobne obrażenia, paralelny program rozrywkowy toczył się u mnie w chacie na żywo.
Buniozyl tańczył w piżamie zawiłe brejkdensy przed ekranem wykrzykując w samozachwycie: MAM TALENT!


I wszedł do finału.


I byłoby w zasadzie okej, gdyby nie pytanie egzystencjalne:


A kiedy młodość, ja sie pytam?



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza