czwartek, 22 lipca 2010

lepsze zero niż nic

Najgorzej.


Rzuciłam się wobec tego na te swoje wycharczane wakacje jak pies na kobiety a tam: zadziwienie.


Dwa tygodnie w osłupieniu tu i kolejne dwa stuporu tam, sprawiły, że już nigdy nie będę sobą.


I stąd mam depresję.
Stąd i nie stąd. Nie wiem, może to z upału, ale mój stan permanentnego nieogarniania kuwety zamienił się w stan podwyższony.
Stan alarmowy, rzekłabym.


Rzekłabym, ale nie rzeknę, gdyż zwierzyć się nie mam komu.


Nie daj boże mężu. Mąż, gdy słyszy o depresji to już jest tak wkurwiony, że dla własnego dobra lepiej się z tego pomysłu wycofać, udawać, że się jej nie ma, nie miało i mieć nie będzie.
Mąż nienawidzi bowiem depresji żony. Uważa, że jest to stan wymierzony w jego dobra osobiste. Że żona posiada depresję celem zarzucenia mu sprawstwa i popsucia dnia, miesiąca, a nawet roku.


Zatem jest prawie jak zwykle.
Jak zwykle prawie kupujemy samochód.
Jedziemy na prawie wakacje.
Prawie nad morze.


 


Prawie. Najgorzej.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza