środa, 22 września 2010

lato

Coś zabrzęczało. Czyżby owad?


Słoneczko przygrzewa, ptaszek ćwierka, pachnie trawą. Leżę. Włókna kolagenowe leciutko skwierczą i więdną.
Czuję coś, przeczuwam czubkiem jaźni. Czy to lato?


Tak, to chyba ono. Po raz pierwszy spłynęło na mnie wrażenie lata, jesienią.


Ale na krótko, bo naraz czar pryska spłoszony donośną deklaracją złożoną wprost do ucha: MAMA! JA CHCĘ SIĘ HUŚTAĆ!
Lato chwieje się w posadach, jego sugestywna fatamorgana rozpływa się w obraz małoletniego tyranozaura w żółtej kurteczce. Przytrzymując wymykającą się spod powiek rozkoszną wizję zachęcam do zajęć w podgrupach w piaskownicy. Ale nie! Ma być huśtanie. Tu i teraz. Do listków!


Podnoszę wobec roszczeń rozleniwiony słońcem zezwłok z ławeczki. Cierpię. Słońce, miast muskać, razi mnie w oczy, owad, miast bzykać, chce mnie ugryźć w czoło, ptaszek zamilkł i odleciał do ciepłych krajów. Lato stop. Macierzyństwo reload. Wieje.


Macierzyństwo. Broń obosieczna.


Bo gdyby nie ono, to czy wypadałoby mi leżeć na ławeczce i słuchać brzęczenia?


Otóż nie. Do kobiet leżących samotnie na ławeczkach w parkach wzywana jest rutynowo karetka pogotowia. Mogłabym, co najwyżej, przechadzać się godnie z pieskiem po alejach. A ja wolę leżeć, niż się schylać po odchody.


Więc jednak jest dobrze, tak jak jest?
Bywa?
Czy ktoś mógłby przyjść i mi wytłumaczyć.


Kopnąć mnie w dupę?
 



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza