piątek, 21 stycznia 2011

halo! dzidek! nie opuszczaj przewodu!

Gdyby mi się chciało pisać, tak, jak mi się nie chce pisać, na pewno bym coś napisała.


Sęk w tym, że obserwuję uwiąd zewu i impotencję woli. Nie-chce mi-się! (Wyrzuciłam to z siebie!)
Od dłuższego czasu się zmuszam, przewalczam niechęć do wynurzeń, ale ona jest piękniejsza i straszniejsza jeszcze jest. Rośnie w siłę.
(Boże, ale jestem beznadziejna).


O iluż to sprawach, które onegdaj zapłodniłyby mnie blogowo, nie pisnęłam ani słowa.


Nie napisałam nic o tym, jak mi sie wycieraczki w samochodzie popsuły (w normalnych warunkach materiał na potężną notę) i co z tego wynikło (czterdziestostronicowe post scriptum). Ani o tym, jak mi pan z poślizgu w dupę wjechał (Czyż to nie brzmi dwuznacznie? Jakie tu pole do quasiliterackich nadużyć, plac pod podniebną hiperbolę, rozłożystą synekdochę i liczne dobudówki z onomatopei) i ile mi za to w gotówce zapłacił (sic!)
Nie zająknęłam się na temat, jak to pokłóciłam ze sobą całą długą kolejkę w spożywczym, jak sąsiadka-wariatka dybała z konkubentem na lokatorów z wizawi, jakoby przez ich odwierty wypełzli jej włosy, jak syn kłamał przed wywiadówką, że nic na niego nie mają, jak kupiłam sobie kozaczki, jak pomalowałam Buniozyla w tatuaże odnośnie spidermana, jak skończyłam z telewizją, jak się z mężem nie rozumiemy na polu herbaty, jak pies ujada od sąsiada i jak zapomniałam wszystko, o czym napisać chciałam lub jak to, co napisałam, skasowałam z głośnym „łeee”…


Jezusmaria! A może mi się ZNUDZIŁO?
To co ja teraz będę robić?
NIC?!



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza