wtorek, 4 stycznia 2011

margaryna trauma

Byłam dzielna. Nic mnie nie zmogło.


Nie nadgięło, nie nadgryzło, nie przepękło.
Nie złamała mnie wigilia, pierwsze święto, drugie święto. Nie wzruszył międzyświąteczny tydzień. Nie ukruszył mego monolitu sylwester ni nowy rok.


Dopiero BAŁWANEK!


Niedzielny bałwanek jest sprawcą mojej depresji.
Życie nie ma sensu, moje dzieci to banda zdziczałych potworów kwalifikujących się jedynie do programu superniani, a stary jest domatorem, zrośniętym ze swym lapem właścicielem wiekuistego globusa, który układa jego rysy twarzy w napis fak ju! Majuskułą. FAK JU! Boldem. FAK JU!


Superniania też zresztą jest do dupy. Odkąd odpięła nobliwy koczek i swą parasolkę Mary Poppins jęła otwierać w tyłkach innych celebrytów, straciła dla mnie całą wiarygodność. Od razu widać, że gówno się zna, skoro tego nie przewidziała. I każe dzieciom jeść margarynę. Tłuszcze transsodomogomoryjskie, wcielenie ZŁA, badania naukowe pokazują, żę od tego się maleje, kurczy, znika. Wysycha mózg i więdną synapsy.


Czyli znikąd pomocy. Muszę sobie radzić sama. Intuicyjnie.
Intuicja podpowiada mi, że oto powinnam wyjąć pas ze sprząchą i wygrzmocić. Wszystkich. Ustawić w dwuszeregu na mrozie i lać.


Albo uciec. Narzucić bielmo na powiekę, rozwiać włos i pod byle pretekstem wybiec w las w koszulinie. Tam zamieszkać z dzikami, dziki są relatywnie sympatyczniejsze. Dać się wykarmić losze, zostać jej córką przyrodnią, bawić się z warchlakami…


Poszliśmy na niedzielny spacer. Do lasu. Na saneczki. Było uroczo. Trochę Aramaj co prawda rzucał bryłami lodu, trochę nasrali psami dokoła, tak, że trzeba było bardzo uważać jadąc na dupolocie, trochę stary zmarzł, dostał globusa i se poszedł, ale ogólnie okej. Buniozyl zjeżdząjąc wołał w ekstazie: Ale odlotowo! Aramaj udoskonalił stok budując schody. Słoneczko świeciło, śnieżek skrzył się. Bajka.


Aby zatem zwieńczyć owo rozkoszne przedpołudnie, postanowiliśmy ulepić bałwanka. Śnieg był bałwankowy, nie było na co czekać. Przystąpiliśmy do prac zespołowych.
A właściwie szamotaniny, gdyż konflikty wybuchały na każdym polu. Mama, on mi zabrał śnieg to jedno z najlżejszych oskarżeń jakie padały. Dwoiłam się i troiłam by łagodzić spory, anse i rękoczyny. Dusić wrzaski i kwiczenia. Hamować inwektywy.
I w końcu, gdy bałwanek był już-już prawie gotów, to się wziął i przewrócił, nie całkiem samoistnie. Niby przypadkiem. Prawie zupełnie niechcący. Całkowicie nieprzypadkowo. Nie całkiem skończony. Nie do końca zaczęty.


A we mnie coś pękło. Rozpadłam się na trzy kulki, oczy z szyszek i mi ręce z patyków opadły.


I być może jestem przewrażliwiona, ale odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że moje dzieci (a zwłaszcza jedno) każdą, nawet najfajniejszą z teorii zabawę potrafią zamienić w koszmar. W dziką awanturę. W stres i w piekło. Wszystko jedno w co się bawimy: w pierniczki, w choinki, w bałwanki – zawsze z tego wychodzi jeden wielki mecz futbolu amerykańskiego. Są faule.


Droga supernianiu, co robić?
Wyjmij na chwilkę parasol z pupy Edyty i przyleć, proszę, bo się wykończę.
Lub kupię pejczyk.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza