wtorek, 22 lutego 2011

wielka czarna dupa

Persen forte zapijany melisą sprawia, że prawie wcale się boję.


Czego? Nie wiem czego, wilka złego.
Prawie przeciwnie – siedzimy z Buniozylem i kolorujemy mandale. Buniozyl opowiada mi o swoim życiu, a ja słucham i nie mam w głowie mrugającej na czerwono lampki „Alarm!” i „Wstawaj, trzeba ruszyć z posad bryłę świata, nie siedź tak, krowo, która czas trwonisz, a on nie odrasta”.
Może nie jest to zen zupełnie niefarmakologiczny, ale innego nie potrafię.
Może jak wyjdzie słońce i wyjdziemy my, to nam sie polepszy?
Na razie nam się pogarsza, poziom serotoniny w moim mózgu wynosi minus pięc. Dzieci jeszcze nie wiedzą, że życie jest pasmem, więc pląsają i się chichrają. Ja, która jestem czułym odbiornikiem tegoż właśnie pasma, napinam kąciki ust, aby nie dać po sobie poznać, że nie ma we mnie cyrkulacji. Że zdechłam, a to co tutaj łazi, to moja cień-wydmuszka.


Dręczą mnie ptytania, z tych egzystencjalnych. Np. po co farbować odrosty? Żeby co? Dlaczego? No, dlaczego? Ktoś wie?
Bo mam i nienawidzę, ale nie mam siły w rękach, żeby nałożyć farbkę.


Muszę sobie kupić światełko do tunelu.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza