piątek, 15 kwietnia 2011

haj li haj lo

Czuję, że jestem superświetny! – rzucił od niechcenia Bunio z rana.


Też bym tak chciała, ale jakoś nie potrafię.


Robią wiosnę. Baaardzo pooowoooli, ale jednak. To nieuchronne. Znowu będzie szok temperaturowy. I odzieżowy gdy wtem przyjdzie, zrzuciwszy naraz flausze, merynosy i barchany, odziać w zwiewne fatałaszki swoje nienawykłe, obłe ciało. Ciało jak kiełbasa biała.
Czy raczej śląska, gdyż, pod wpływem przychylnej atmosfery politycznej, rozważam obranie zakamuflowanej opcji niemieckiej.


Ale czy warto? Może nie warto?


Znajdą mnie potem jedynie słuszni po peselu, łeb ogolą, histerektomię machną tępym narzędziem i każą iść precz (rrraus!) do Eriki, do domu.
Dzieci wyłapią i maczając w źródle życia przekują w patriotów. O ile będzie warto, bo wiadomo, że żmiję na piersi wyhodowaną zawsze lepiej zdusić w zarodku, nim łeb i dłoń prawą z wąsikiem w charakterystycznym geście podniesie i rozpleni się szpetnie w konarach prasłowiańskiej gruszy.


Waham się. Bo nie wiem, czy potem zdążę zapuścić. Włosy. Bo dzieci już mam zapuszczone.


W dodatku wszystko im sięga do połowy łydki i powyżej nadgarstka, a w lumpeksach zdrada. Gdzie te czasy, kiedy to oko moje oko godne jaszczębia z luftwaffe potrafiło w dziale na wagę wytropić przecudnej urody stroje w pająki, czaszki i wszelkie robactwo plugawe i pełzające, koszulki w żółte łodzie podwodne, śpiochy supermana, piżamy w tygryska, czapy jeżozwierza.
Jest dramat. Drogo i brzydko. Zupełnie jak w sklepach, z tym że wszystko złachane i poplute. To podobno wina kryzysu. Syty zachód się odchudza. Mniej konsumuje. Mniej wywala. Więcej się ślini. Wstydź się zachodzie, wstydź.


Co z ciebie za zachód – chudy i zabiedzony?


Wszystko staje na głowie. To niezbity dowód na to, że Ziemia rzeczywiście się przebiegunowuje. Zatem trzeba gotować się na koniec świata. Wszystko szlag trafi.


I bardzo dobrze, bo i tak nie nadążam.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza