sobota, 16 czerwca 2012

rzepicho siądź przy kołowrotku

A bo ja zasadniczo bardzo lubię te wielkie projekty – MALOWAAANIE!


O, w tym się wyrażam. Bo też i efekty są spektakularne – może nie zaraz na lata, ale przynajmniej na tygodnie, nie zaś jak w przypadku gotowania – zeżrą albo nie i cześć. Że o sprzątaniu nie wspomnę. Cześć.


Zatem gdy pomalowałam wnętrze od okna w kierunku drzwi tak do połowy kubatury (gdyż przesuwam się metodą od prawej do lewej, malusi wałeczek mam, malusią kuwetkę i jadę), a potem siądłam, to normalnie wyglądało, jakby od strony drzwi burza nadchodziła. Łał. I pomyśleć, że od dawna mogłam się nie czuć jak w grocie z Lascaux. Mogłam zatłuc starego, truchło zamrozić i nie czekać, aż się skusi. Bo się NIE SKUSI i co pan mu teraz zrobi? Gdyż ma w dupie syf ścienny z malarią, nie robi on na nim najmniejszego wrażenia i o co w ogóle kaman? Jest zajęty/zmęczony/pracuje/jutro/już malował. Wszystkie chłopy tak mają?


Chociaż nie, nie wszystkie. Osobiście znam jednego, który o każdą odbitą na lamperii czekoladową dłoń awanturuje się krwawo. I choć jest to typ znacznie bliższy mojej osobowości (z tym, że ja zabijam niekonsekwentnie, o co drugą) to z dwojga złego już lepszy jest maniana boj, któremu to loto. W końcu jak się ma wałeczek i kuwetkę (oraz wibrator), można się samemu obsłużyć, a życie w permanentnej obawie przed nutellą zakrawa jednak bardziej na opresję.


Tak więc rozpoznaję u siebie męską płeć mózgu, zamiłowanie do majsterkowania oraz czynności do-it-yourself i jedyne co mi przeszkadza w rzuceniu się w wir kowalstwa to wątła, żeńska cielesność. Gdyby nie ona zbudowałabym dom, posadziła drzewo i spłodziła syna.


Albo trzech: Lecha, Czecha i Rusa.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza