niedziela, 10 lutego 2008

Jezu jak się cieszę…

z tych króciutkich wskrzeszeń.
I nie ma to nic wspólnego z pełną kieszenią o nienienie. Ale czasem czlowiek taki jakis letki sie robi i cos go kila w brzuchu jakby radość, choć gdy sie przyjrzy sytuacji to nie ma podstaw do kilania. Jednak kila od samosci i nie wiadomo co to.
I wtedy sie idzie krokiem sprężystym i sie pcha wozek pod najstraszniejsza gore w miescie, lekko jak gdyby to byla pileczka nie stal i sie mysli, ze cos w powietrzu jakby wiosna i och jak przyjemnie, wszystko pochytane, obiad był, bachory średnioupierdliwe a już jutro do pracy.


I wtedy nalezy wzmoc czujność.
Albowiem to nieomylny znak jest, ze oto zaraz coś pierdolnie.
 

Totez ide sobie dzisiaj jak powyzej i już jestem za siódmą rzeką gdy nagle telefon, że Dawidolot wlasnie wypatruje Aramaja gdyż ma urodziny. Nosz faktycznie! Zapomnieliśmy!
Zatem galopuję patataj pod tę samą górę co mi się tak urocza wydawała jeszcze godzinę wcześniej, czerwona spocona wpadam do domu, ubieram bachora wcopopadnie gdyż wszystkosiesuszy. Drugi bachor wściekle głodny kruszeje w kombinezonie, zatykam go wbrew jego woli do fotelika, knebluję kocykiem. Jadymy, wydaję ostatnie pieniądze na słodycze w nocnym. Dobrze, że tu jeszcze są bo drugi okoliczny nocny już się przebranżowil i proponuje wyłacznie napoje wyskokowe a to dopiero 10. urodziny. Zawożę. Buniozyl bardzo się niecierpliwi. Wystawiam z samochodu Aramaja, odjeżdżam z piskiem opon do domu gdzie po wyczerpującej walce udaje mi się zdesperowanego Bunia znokautować, zatankować i uśpić. Roczochrana i glodna osuwam się bez ducha.


Zaczelo się od niewinnego kilania a oto siedze ogarnięta delirium i opycham sie salatka jarzynową co mi zawsze daje wrażenie, że są czyjeś urodziny w zestawie z polędwicą sopocką. Zgadza się. Są.



Jak zakila należy natychmiast rozdeptać telefony. Wszystkie.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza