niedziela, 8 lutego 2009

da capo

Państwo pozwolą, że się pożegnam.


Idę położyć na tory swój zakatarzony łeb. Po tym fakcie może mnie nie być jakiś czas, ale nie mam już sił dłużej celebrować nieżytu.
Od dwóch tygodni trzyma mnie w kleszczach jakieś imadło. Nie mogę się pochylić, gdyż natychmiast czuję się jak ta pani przed startem w maratonie. Chociaż ja to bardziej w mamrotaniu.


Co wieczór o tej samej porze włącza mi się temperatura 37,5. Nie wiem, może jestem piecem akumulacyjnym.
Gdy kaszlę, trzeszczą mi szwy czaszkowe i czuję wyraźnie rozwieranie się ciemienia.
Nie mam skóry na nosie. Ani chybi będzie potrzebny przeszczep, najpewniej z pośladka.
W papier T jaki zużyłam można by śmiało okręcić cała dynastię Tutenchamona z przyległościami.
O kolorach nie będę dyskutować. I o gustach.


I to wszystko na stojąco. Gdyż za dnia nie zaznaję spoczynku.


Nocne czynności ziołolecznicze też nie odnoszą skutku. Wieczorem wypijam lipy kwiat, mleko z czosnkiem, miodem, cebulą i zagryzam aspiryną.
Zakładam trzy polary, skarpety z góralskiego swetra i sześć par barchanowych majtów.
Nakrywam się pierzyną i… nic.


Wstaję z łóżeczka suchutka jak staruszek.


„Cha! Cha!”


Za to kiedy MUSZĘ wyjść z dzieckiem na spacer, ubrać, namotać, wytaszczyć, przydźwigać to wtedy
proszę bardzo.


Jedyny dostrzegalny łut poprawy to fakt, że po dwunastu dniach ABSOLUTNIE bez smaków i zapachów odzyskałam szczątkowo węch.
I natychmiast, niczym dobrą wróżbę na nową drogę życia, poczułam awarię w toalecie.


Wobec powyższego podjęłam męską decyzję.
Koniec z półśrodkami.
Kuracja radykalna.


Dzwonię po tramwaj.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza