piątek, 27 lutego 2009

żułan don

Wiem kto to był. Ta narzeczona mojego syna.
Znam. Chodzi z nim do klasy.


N a w e t  ładna.


Wpadła z wizytą po łyżwach. Posiedzieli, wypili colę, zjedli delicje.
Zaproponowała mu kocięta i żólwięta z własnych hodowli.
Że niby ma kotkę i żółwicę w ciążach.


Poszła.


Zapytałam następnie podprogowo:
Nie było ci głupio przyprowadzać koleżanki do tego bałaganu?


Odparł z niezmąconym spokojem wytrawnego łamacza serc niewieścich:


Uprzedzałem ją, ale  n a l e g a ł a.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza