czwartek, 12 marca 2009

and the winner is… żurek!

Powiedzcie mi dziewczynki, o co chodzi z tym kreativ bloggerem? Czy wygram pulicera?
A czy to aby nie jest przypadkiem łańcuszek szczęścia?


Uwielbiam łańcuszki św. Antoniego!


W podstawówce nigdy nie starczało mi subordynacji aby przepisać żądaną ilość razy tekst z kartki w kratkę i notorycznie skazywałam się na śmierć lub kalectwo w wyniku nierozesłania wieści do wskazanej liczby osób.


Imperatyw spadał mi zawsze w połowie trzeciej kopii. Raz nawet próbowałam kserować przez kalkę (zawsze miałam skłonność do naginania zasad a teraz nagle się dziwię, skąd to się bierze u mojego potomstwa. Miglanc z dziada pradziada. Se włala). Ale też w końcu pisałam coraz wolniej, i wolniej i wolni…


A potem był obiad lub w ogóle coś stawało na drodze moich planów i zamierzeń. Poza tym, wstyd się przyznać, szkoda mi było kasy na znaczki. Wolalam kupić sobie gumę balonową typu donald z komiksem i ją zżuć. A w następstwie jeszcze kłamałam w żywe oczy koleżankom, gdy te pytały z naciskiem „czy wrzuciłaś, Grzesiu, list do skrzynki?”, powodowane chciwością zorientowaną pod kątem lukratywnych obietnic jakie przyrzekała korespondencja tym, co wysłali i okrążyło świat.


Bo mnie czekały tylko trąd, dżuma i obustronny paraliż.


I właśnie z tamtych czasów pozostał mi nawyk przerywania łańcuszków. Perwersyjna radocha z psucia innym zabawy.
Weszło mi w krew, nic na to nie poradzę.


No chyba, ze za tym stoi pulicer.
To wtedy wszystko odszczekam. Na kolanach.


Niemniej bardzo się wzuszyłam i niniejszym serdecznie dziękuję autorce bloga solosetratadevivir.wordpress.com
za miły gest.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza