środa, 11 marca 2009

przednówek

Tak. Pa-zu-ry.


Jak co roku w marcu urosły mi gigantyczne paznokietki niczym wiosenne przbeśniegi, tyle że w kolorze nr 322 Russet Flame.
Nie wiem co z nimi począć.
Jest to dobro naturalne z reguły niedostępne i kruche. Więc hoduję
zaciekle. Pławię się w luksusie podziwiając stale dekoracyjne
zakończenia swoich paluszków.
I czekam kiedy czar pryśnie.
A on nic.
Jestem już trochę zniecierpliwiona tą klęską urodzaju. Ale przecież nie utnę czegoś tak rzadko występującego w przyrodzie.
Więc się męczę, katuję, kaleczę. Wydłubuję sobie oczy podczas ablucji,
charatam dzieciom nóżki, dziurawię rajstopki, wypisuję brednie nie
mogąc utrafić we właściwe klawiszki.


Jednocześnie prace domowe odsuwam na plan dalszy żywiąc pesymistyczne
przekonanie, że lada dzień i tak mi się popsuje, więc będę mogła
wyszorować wszystkie kąty i piec piąty. Z rozpaczy.


I ubolewam nad faktem, że nie można ich czasowo odpinać.
Bo o ile bardzo przyjemnie jest damą być, powiedzmy, w kawiarni czy na
mieście podając złotą kartę kredytową celem sfinalizowania transakcji
kupna futra z norek, o tyle nieco mniej fajnie jest być famme fatale na
stacji benzynowej w trakcie dopompowywania kółek do barów lub wymiany
pierdzących wycieraczek.


Życie jest podłe.


A tymczasem kwiecień-plecień. Czy coś.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza