sobota, 7 marca 2009

demoniczne zniewolenie

Demon? Bardzo możliwe.
Ale jeśli nawet był, to się już zmył i nawet nikogo uczciwie nie obrzygałam.


Chociaż nie. Raz, pamiętam, narzygałam koledze na sufit z okazji jego osiemnastych urodzin. Może nie bezpośrednio, ale, koniec końców, faktycznie znalazł się na suficie paw jak malowany.


I gdzie jeszcze?


Do sweterka. W drodze na kolonie. Strasznie mi było niedobrze a nie miałam odwagi poprosić o ratunek i dyskretnie ukryłam treść żoładkową w okryciu wierzchnim.
Ponieważ byłam wtedy jeszcze stosunkowo młoda, pojęcia nie miałam co się robi z  t a k  zabrudzonymi sweterkami. Schowałam go więc na dno walizki. Po tygodniu, na szczęscie, odwiedziła mnie mama.


Raz po plackach ziemnaczanych: po dziś dzień nie znoszę placków.


Potem jeszcze miewałam zaburzenia trawienia powodowane okresem dojrzewania, kiedy to przyzwyczajałam stopniowo swój ustrój do przyjmowania napojów alkoholowych.


Walka bywała czasami nierówna. Weźmy sytuację, w której zostałyśmy z przyjaciółkami zwabione do mieszkania straszego kolegi z liceum, gdzie kolega z kolegami, żywiąc niechybnie nadzieję na sprowadzenie nas na zła drogę, zapodali nam drinki w estetycznie ocukrowanych szklaneczkach z cytrynką.
Niestety, zawartość okazała się być siarczystym tanim winem, a ja po wypiciu kilku łyków zamiast się apetycznie zaróżowić, zmieniłam kolor na zielony I TAK DALEJ.


Płynie stąd przy okazji morał dla niemoralnych kolegów, aby nie przyoszczędzać na alkoholach, gdyż skutek może być co najmniej odwrotny od zamierzonego.


I jeszcze nieżyt żołądka złamał mi serce (przez żołądek do serca), choć, koniec końców, nawet nie wystąpił.
Niemniej walczyłam z nim jak lew. Na prywatce. W toalecie. Do dziś pamiętam wzór z kafli podłogowych.
I wtedy przyszedł on (nie nieżyt, ON). I zapytał: gdzie ONA? (czyli ja).
A zła koleżanka o czarnym charakterze rzekła, gnąc się i mrugając zalotnie: Nie wiem. Pewnie rzyga w kiblu.

I raz zatruta ryba na dworcu w jakimś mazurskim miasteczku. Na klombie, pośród róż (romantycznie) oraz wprost na tory pod nadjeżdżający skład (z dreszczykiem).


No, ale, było, minęło. Od tamtej pory nic.
Ewentualnie rotawirus.
Ale on się nie liczy.


A może to wszystko przykrywka?



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza