czwartek, 19 marca 2009

nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma

Eeee, aaaa…. tego, no ten, co to ja eee…


Klątwa kreativa działa. Nie potrafię sklecic zdania. Jakby mi ktoś życie me – nieocenione źródło uroczych perypetii – wziął i zawiązał na supełek.
Normalnie wszystko już było. Wszystko już zjadłam (żółty ser mnie nie cieszy, biały nie cieszy, pleśniowy, topiony, kozi, owczy, ze szczypiorkiem, żaden. BRYNDZA.) wszystko wypiłam, wszędzie już byłam.


Nie no, kurdę, co ja gadam! Nigdzie nie byłam!


Nie to co Mirabella K., moja koleżanka ze szkolnej ławy.
Ta to ma życie! Trójkę dzieci odchowała, starego pod pachę i w długą.
Obecnie można śledzić plan jej wojaży wraz z adekwatnymi fotografiami na naszej klasie:


Poniedziałek: Rzym-Watykan, dajom spagetti ale nie tykam.
Wtorek: Malme – strasznie tu piździ, leca pod palme.
Środa: Tunezja, pływom w basenie czytom poezja.
Czwartek: Hong Kong, jest żech w szpitalu, połknęłach ping pong.
Piątek: Londyn – paczy sie na mje durś jakiś blondyn.
Sobota: Praga – wlazłach w gówienko przez nieuwaga.
Niedziela: Bruksela. Ida do sklepu po mortadela.


I tak w kółko.


I ja się pytam mego męża: dlaczego?
DLACZEGO NIE JA?
Gdzie tu jest sprawiedliwość?


I nie mam czym zabłysnąć w naszej klasie.
W ogóle nie mam czym zabłysnąć. Złotym zębem.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza