piątek, 24 kwietnia 2009

almost done

Hulajnoga doszła nie do końca – jak zwykł mawiać mój syn w odpowiedzi na pytanie, czy był na basenie.


Ale jest już blisko, coraz bliżej.
Utwierdziła mnie w tym przekonaniu poczta polska umieszczając dziś w mojej skrzynce zawiadomienie POWTÓRNE o nadejściu hulajnogi.
A gdzie zawiadomienie PIERWOTNE, ja się pytam?
To ja tu chlustam inwektywą żywą w bogu ducha winnego, przemiłego, rzetelnego sprzedawcę hulajnóg, a tymczasem podłość leży po stronie poczty. A podwyżki nie maleją.


Oczywiście nie omieszkałam wcześniej napisać do kontrahenta oficjalnego maila z zapytaniem, gdzie są moje hulajnogi i cała noc się żołądkowałam, jak można być takim gnojem, żeby dzieciątka na zabawki orżnąć i uciec z drobnymi.
Ale nazajutrz bladym świtem zadzwonił pan, cały przejęty i gnąc się w lansadach poprzysiągł wyjaśnić sprawę albo lec, z honrem lec.


Na szczęście nie zdążył się nawet za bardzo położyć, gdy znalazłam w skrzynce awizo.


Jutro zatem odbieramy pojazdy.
Będę relacjonować na bieżąco.


A tymczasem chodzimy na spacery z pojazdem typu chodzik-jeździk, co też nie pozostaje bez echa w środowisku.


Gdyż nie jest to sprzęt byle jaki.


Co rusz podchodzą do nas tłumnie małe ludziki, płci przeważnie męskiej i mówią z uznaniem: Ooo, to jest Zygzak McQueen! Niezły! Dwie rury wydechowe ma!
I zbliżają się nieśmiało, z namaszczeniem dotykają kierownicy i klaksonu, a Buniozyl, tymczasem, w pozie dumnej, patrzy w dal wzrokiem Jamesa Deana i do pełnego wizerunku brakuje mu tylko papierosa w zblazowanych ustach.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza