środa, 29 kwietnia 2009

na bezrybiu i rak ryba

Hormony się przewaliły i odzyskałam chwilowo kruche poczucie sensu istnienia.
Hajdi też sobie poszła, acz nie omieszkała zapowiedzieć, że ja tu jeszcze wrócę.
Zawsze wraca.


Ryba, ryba, ryba, myślę.


Cóż, może nie jestem przesadnie piękna, młoda i bogata, ale za to jestem zdrowa.
Chyba.
Właśnie: chyba. Był czas, że jak człowieka nie bolało gardło to był zdrowy. Teraz to o niczym nie świadczy.


Ale: ryba, ryba, ryba.


Zaliczyłam już dziś jedn plac zabaw. Wystawiłam na promienie UVA/UVB przeraźliwie blade giczoły na brzegu piaskownicy.
- Umieś zjezdzać? – Zapytał mnie Bunio wdrapując się na stromą drabinkę.
- Umiem, uważaj bo spadniesz! – zmieniłam temat. Muszę kiedyś przetestować pod osłoną nocy, czy mi się zmieści dupa Hajdi.
Zaczynam przytomnieć i już wiem, że to, że mi się kiedyś mieściła nie musi oznaczać wcale, że tak jest nadal.


Ale: ryba, ryba, ryba.


Spotkałam ostatnio całkiem obcą panią w lumpeksie i ta pani rzekła: Ach, wie pani, tak chodzę i wybieram, to fajne i to fajne, a potem wszystko okazuje się za małe. Muszę się pogodzić z faktem, że prawdopodobnie nie będę już miała innego ciała.
Dlaczego ona to do mnie powiedziała? Przecież wcale jej nie pytałam! Niech sobie takie rzeczy opowiada Hajdi!


Rrryba mać!!!



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza