wtorek, 30 czerwca 2009

były sobie raz trzy liski


Które jadły z jednej miski
(…)
i na golasa lubiły chasać,
i na bosaka lubiły skakać.
A. A. Milne


Niestety, nie dysponuję fotografiami z zajścia, bo ciągle PADA, więc nie noszę kolubryny, ale odbiło mi się na siatkówce oka.


Było tak: szliśmy sobie z rekonesanasu piaskownicowego.
I padał deszcz, i słońce świeciło. Bez parasola szliśmy, bo już nas nie bawi. Ale za to w kaloszkach.
W piaskownicach żywego ducha: wiadomo – deszcz jest szkodliwy dla zdrowia, nie to co telewizor.


Więc wpadliśmy do Mayonaisse i Żulietty z wizyta towarzyską.
W ogródek.


A w ogródku, jak to w ogródku, sprawy potoczyły się błyskawicznie:


Niektórzy sikali, a jak sikali to się posikali, a jak się posikali to gacie zdjąć musieli.
Jak niektórzy gacie zdjęli, to inni natychmiast chcieli.
Jak wszyscy gacie zdjęli to się w dzikim tańcu zaczęli wypinać na różne strony obwieszczając światu swoje płcie.
Oraz płcie rodziców.


Żulietta: Ooo! Masz małego siusiorka! Mój tata też ma małego siusiorka!


Potem Żulietta zrzuciła kaloszki, jak Żulietta zrzuciła kaloszki to Mayonaisse zrzuciła kaloszki, jak Mayonaisse zrzuciła kaloszki, to Buniozyl zrzucił kaloszki, jak Buniozyl zrzucił kaloszki to już nikt nie posiadał kaloszków. Wielobarwne kaloszki poniewierały się w mokrej trawie pośród kłębiących się niekompletnie ubranych bachorów. I wszystko to smiało sie perliście, piekło ciasto z ziemi i kamieni (Mayonaisse: Masz, ciasto się już upieczyło), rwało brudnymi łapami niedozwolone kwiaty z ogródka sąsiadów i zlizywało z bród sok z arbuza.


A ja nie miałam aparatu.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza