sobota, 27 czerwca 2009

walk on the wild side

Czy ja jestem matką podłą?


Dręcząc się tą myślą zauważyłam, że mi komputer pękł troszkę. ZA KARĘ!


Byliśmy dziś z Buniozylem na plenerowym koncercie muzyki beznadziejnej, pardon, chrześcijańskiej.
Było bardzo miło, zjedliśmy kiełbasę z grilla i tańczyliśmy dziko przy akompaniamencie artysty specjalizującego się w utworach na fletnię pana.
Ave Maria i lejtmotiv z Titanica – bdb.


Konferansjerkę prowadził w ząbek wyczesany młodzian z kręgów telewizyjnych, znany głównie ze swych skłonności ku sodomii.
I niech mi tu który powie, że katolicy to naród nietolerancyjny!


Lekko mżył cieplutki deszczyk i byliśmy bardzo szczęśliwi: ja, Buniozyl i sodomita w otoczeniu niepokalanych. Oraz pozostałe piętnaście osób z widowni. Potem Buniozyl zabił dwa baloniki i poszlismy do domu przez gąszcze. Lubimy gąszcze, więc poszliśmy.


Tymaczsem Aramaj w ciepłych krajach.


Zajechał. Czekamy co dalej. Na razie wiadomo, że wszyscy są od niego starsi. To bardzo obiecujące. Na pewno przywiezie bagaż bezcennych doświadczeń życiowych.


I właśnie bagaż stał się przyczynkiem do moich rozterek względem ewentualnej podłości.


Bo tak: pakowałam syna.
Ile tiszertów? – myślę.
Sześć. A i tak będzie chodził tylko w jednym.
Ile par majtek?
Siedem. A i tak będzie chodził tylko w kąpielówkach.
Spodnie (do kolan): 3 pary
Skarpetki: 2 pary (przypominam: ciepłe kraje)
Polar: szt. 1 – tylko na podróż.
Czapka z daszkiem.
Sandały, klapki.
2 ręczniki, pasta, szczoteczka, płyn pod prysznic, olejek do opalania.
KONIEC.


Czyli smętnie pusta torba.


I teraz tak: syn wsiada do autobusu. Pan kierowca zapodaje torbę do luku i pyta w zadziwieniu: TO WSZYSTKO?
Na to ja spozieram na pozostałe bagaże i widzę pękające w szwach walizy, wywatowane do granic torbiszcza, garbate plecaki 450 l.
I zamieram.


Ale jest już za późno aby dorzucić jakieś baranie skóry i wełniane onuce.


Błagam, powiedzcie, obiecajcie, że on tam nie zamarznie!!!



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza