wtorek, 11 sierpnia 2009

sunshine reggae

Nie wiem jak Wy, ale ja to bym ze sobą na wakacje nie jechała.


Nie żebym mówiła co krok: co za koszmar i chciała do domu.
Wręcz przeciwnie. Chodzę i się napawam. Napawam się upałem, gdzy inni rzężą, że gorąco. Tarzam się w piachu gdy marudzą, że brudzi. Pluskam się w morzu gdy oponują, że za słone.


Mam natomiast inne wady: nie toleruję, jak ktoś stęka. Nie mam wyrozumiałości dla księżniczek na ziarnku grochu i rycerzy w bakaliach chowanych.
Mam ochotę zabić, kiedy odliczają dni do powrotu, kiedy tęsknią za domem skradam się ze struną od fortepianu, gdy nie smakuje im wikt mam ochotę zatrutą gdzieś wpuścić im myszkę, a kiedy hotelik ma za mało gwiazdek to już w ogóle wychodzę i nigdy nie wracam.


Nie rozumiem rozterek, nie pojmuję niepokojów, nie przyjmuję do wiadomości zażaleń, reklamacji nie uwzględniam.
Nie ma we mnie empatii względem niestrawności, ukąszeń, pokrzywek słonecznych i otarć naskórka.


Tylko alergia oczna mnie wzrusza, bo mam.


Wypowiadam sie nonszalancko na temat autorytetów.
O mężczyznach powiadam, że mają cycuszki.
O bluzeczkach, że są ciotkowate.


Jestem apodyktyczna i jako jedyna mam rację. Wszyscy mają się radować i napawać. Kto ma wątpliwości czy jest czym lub z czego, ma u mnie w ryja.


Mówię Wam, nie jedźcie nigdy ze mną na wakacje.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza