sobota, 8 sierpnia 2009

zmiana klimatu

Zatem spałam trzy dni tak, że mi Balladyna o mały włos ręki nie wyrwała. Uratowało mnie dziecko, bo się jęło wiercić, a B. źle znosi jak się dziecko wierci w jej obecności.
Przestała zatem rwać i sobie poszła.
Ostały mi się po niej jeno jogurty.


Najsampierw sądziłam, że mam schorzenie, bo się, walcząc z narkolepsją, podpierałam nosem o sprzęty w pragnieniu śmierci.


A następnie podejrzałam, że to może być skutkiem wypoczynku na rivierze, który opiewał na 5 (słownie pięć) godzin snu na dobę razy dwanaście dóp.


No to się uspokoiłam, a nawet, awansem, przestałam zadręczać. Czem się strułeś tem się lecz. Przedsięwzięłam kroki zaradcze.


Zdrowa matka – zdrowe dziecko, tak?


Idąc tym tropem rzuciłam warzenie kompotów i poszłam spać. Czasem tylko nasypałam dziatkom suchego do miski. I bęc.
O szóstej rano, za radą homeopatów niemieckich, ciskałam butem w skowyczące maleństwo i, zaproponowawszy mu szeroki wachlarz telewizji kablowych, odpadałam.
Starałam się śnić o muskularnych brunetach, mówili oni jednak zazwyczaj głosem świnki peppy.
Że to ich braciszek dżordż.


Powstałam z martwych dnia trzeciego.
ZROBIŁAM OBIAD. Kurczak, frytki, surówka.
Nie popałakałam się ni razu nad żadnym ze składników.
Nie złamał mnie nawet fakt, że się solniczka zatkała.


Ergo: jestem uleczona. Chyba.
Ale nie uprzedzajmy faktów.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza