poniedziałek, 19 października 2009

mąż wcześniej wrócił z ciechanowa

To było tak: równo trzy lata temu, całkiem niespodziewanie, o godzinie szóstej rano dało się słyszeć „bdang!”, a o 13.20 wyłonił się Buniozyl.
W sam raz na obiad, ale obiad go nie interesował, ani śniadanie, ani kolacja, podwieczorek, cyc, nic.


Urodził się i natychmiast zaczął się odchudzać, co kultywuje z powodzeniem po dziś dzień.


Skoro nadarza się okazja do wspomnień, napomknę mimochodem o tym, jak służba zdrowia czynnie nam przeszkadzała w cudzie narodzin usiłując w nas wbić kroplówkę z oksytocyną, nasyłając na nas w drugiej fazie porodu stażystkę z ankietą zawierającą fundamentalne pytanie o płeć i z miasta od ilu do ilu tysięcy jesteśmy; jak nas po miłym bujaniu na piłce położyła na jakimś koromyśle w pozycji dupa wyżej głowa niżej, od czego poród się zdziwił i ustał, i jak nam ubliżała, klepiąc nas po nodze, gdyż kawa jej stygła „Noo, przyj! Opalać się tu przyszła!”, a może to był taki żart śmieszny, nie wiem, bo mi krew z mózgu odpłynęła na strategiczne pozycje zabierając tlen i poczucie humoru.


I tu orędzie do Narodu.


Narodzie! Ródź zawsze z osobą towarzyszącą! KONIECZNIE!


Jeśli nie chcesz rodzić z mężem/narzeczonym, bo źle znosi on sytuacje, w których jego żona/narzeczona ma dwie głowy: jedną w górze a drugą między nogami, to ródź, Narodzie, z ojcem/matką/siostrą/wujem/ciotką/bratem/przyjaciółką/sąsiadką.


W ostateczności z taksówkarzem.


Ródź z kimś, kto Cię obroni przed nienawiścią ze strony źle opłacanej służby zdrowia. Nie ma bowiem wdzięczniejszego obiektu do bezinteresownego znęcania się, niż absolutnie bezbronna ciężarna z wielkim brzuchem i gołym tyłkiem: nie ucieknie, bo niby dokąd, bo nie ma majtek, a poza tym i tak ledwo łazi.


No, ale było minęło.
Nie chowamy urazy (niemniej nie byłoby źle, gdyby OSOBY, KTÓRE MAM NA MYŚLI jednak gruntownie obesrało).


Buniozylu: STO LAT!



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza