czwartek, 15 października 2009

z akt: straszny bałagan, dzieci śpiewają

Okazalo się, że nie zdanżam na niwie wychowawczej. Zabiorą mi dzieci do placówek, a mnie samą niechybnie wysterylizują.


Bo podobno na drzwiach przedszkola wisiała informacja jak byk, ale ja niedowidzę, nie ogarniam czy coś, a może śniegiem sypnęło mi w oczy.
W każdym razie przychodzimy wczoraj jak gdyby nigdy nic, a tam KAŻDEN JEDEN przedszkolak w garniturze, cylindrze, lakerkach i z kwiatami, gdy my tu niezobowiązująco w gaciach z dresu i tiszercie w małpiszony, bez ferrero roszer czy kocich języczków chociaż.


Dobrze, że Buniozyl nie ma chwilowo pojęcia o konwenansach, więc przyjął to gładko na klatę. Ja w zasadzie też.
Jedynie Aramaj w takiej sytuacji by umarł, spalił się ze wstydu, oszalał, kazał by mi brnąć przez zaspy do wypożyczalni bombonierek i smokingów, ale już.


Bunizyl w ogóle chętnie łamie rozmaite tabu odzieżowe.


- Co to masz? – zapytał ostatnio ciekawie patrząc na matkę w dezabilu.
- Staniczek.
- O, ładny. Kupiś mi teś staniczek? W smoka?


Nie ma sprawy. Będzie jak znalazł na przedszkolne uroczystości.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza