środa, 11 listopada 2009

póki my żyjemy

Ach, och! Uwielbiam takie leniwe dni jak dzisiaj.
Można pospać do południa, poleżeć w wonnych pianach pośród świec, poczytać coś, ponucić, przekąsić co i raz…


DUPA!!!


W takie dni jak dzisiaj postrzegam życie jako plątaninę chujni z grzybnią.


O bladego świtu wrzask. Kłótnie, szamotaniny, jęki, burdel, płyny wylane ze szklanek, lepkość, okruchy.
Długie godziny ryku o to, że się nie chce bluzy w pająka, że się chce latać na golasa po domu, nic się nie podoba, deszcz leje jak z cebra, mój spauperyzowany mózg domaga sie cukru: chcesz monciaka? nie! to dobra, ja zjem. zjadam. chcę monciaka! nie ma, zjadłam, pytałam, powiedziałeś, że nie chcesz. łeeee! ja kceeeem monciakaaaa!!!


Teraz siedzi mi na kolanach i między literami serwuje zdarta płytę: mama, ja kcem auta, ja kcem auta oglądać, ja kcem auta, auta, autka, kcem autka, ja kcem ogladać auta…



(Ale, ale! Świt. Leżę twardo w pościeli. NIE OBCHODZI MNIE. Podsłuchuję. Brzdęk! Chlup! Kubek spada na podłogę. Aramaj pędzi po ścierkę. Buniozyl oświadcza ofiarnie: - Ja mogę pieska! Wraca Aramaj z mopem – Co robisz?! – pyta. - Lizam!!!)



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza