sobota, 21 listopada 2009

z majerankiem

Odkryłam wreszcie przepis na wejście w posiadanie grubego wozu terenowego.


Należy, otóż, wyjść za mąż za wielki kawał mrożonej baraniny. Comber. Różowy i gładko uczesany. Bez dodatkowych właściwości.


Ludzie są różni, takoż faceci. Ładni i nieładni. Mali, duzi, grubi, chudzi, umięśnieni oraz sflaczali. Wszystko może się podobać, pod warunkiem, że, najtrudniejszej nawet urodzie, towarzyszy błysk w oku.


Błysk kasuje wszelkie niedobory.
Bynajmniej moim zdaniem tak jest.


Ale kiedy nic nie błyska, to ja nie wiem. Czy gruby wóz może rojaśnić zaistniały mrok? Długimi światłami drogowymi?


Choć pewnie nadmieniony jest dobrym człowiekiem z zawodu księgowym i świetnie zarabia. Siłę nabywczą ma niezbywalną. Moc kredytową i ubezpieczenie na życie. Daje poczucie bezpieczeństwa i nie zagraża zdradą małżeńską, nawet za dopłatą.


No i teraz mnie rozdarło.
I nie wiem co woleć: bitki baranie w małym białym domku, czy dziczyznę z ognia, ale za to w lesie?


I klocek hamulcowy mi się skończył.
Nic, tylko się gryzę.


A w przerwach chodzę na koncerty z ambasadorami.
Ale za to w spódnicach z lumpeksów.
Ale za to z metką Dorothy Perkins UK 8.
Niewiele ważyła. Same korzyści.
Bo ta sukienka, ta ze szczypankami, musi wrócić do sklepu. Mimo rozlicznych zalet posiada jedną drobną wadę: wspina mi się po dupie jak chodzę.
Więc trzeba by założyć, że jest to sukienka wyłącznie do stania.
I mieć dwie, jedną w reklamówce, i stale się przebierać.


Bez sensu.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza