poniedziałek, 23 listopada 2009

mydłem

P.S. I jezusmaria strzeżcie się dorsza!!!


Wiedziona nostalgią za wakacjami pokupiłam tę  mrożoną gadzinę, upiekłam sote i mi od trzech dni wisi aromat w chacie jak na przełomie lipca sierpnia w Ustce.  U s t k a . Cmok, cmok.
Zasłony, kanapy, pościel ODZIENIE w przedpokoju.
USTKA.



Poranek Barona Münchhausena w toku.


Nie wiem, co to jest. Podejrzewam wampiryzm energetyczny. Zaraz się rozpłynę pod biurkiem w małogęsty flek na wykładzinie.
Czuję się jakby mi coś usiadło na oczach. Ciężkiego.
I siedziało.
Budzik dziś rano ryczał strasznie, lecz nie miałam siły wstać i go wydoić. Dobrze, że nie mam psa, bo by mi pękł w przedpokoju.
Jezu, ale mi się pies przypomniał! Pęknięty, nieszczelny, zwichrowany.
Żywcem jak z programu „Ja albo TEN pies”.
Co mi unaocznia, że ani ja, ani nawet Szafranowa, co to od lat niby nie jada psów a wręcz przeciwnie, nie jesteśmy w tym względzie bez grzechu.


Ponadto odbyliśmy rocznicę.
Dziwna była.
Napisałam nawet upamiętniającą notkę, ale potem ją ostrzygłam: to do dupy, to banalne, to głupie, to płytkie, to nie oddaje.
Po strzyżeniu patrzę: haiku.
Jakieś cienkie.
Wywaliłam.
Nie ma.


Poza tym, po obchodach, mam nową optykę. I znowu nie wiem co myśleć. Jak kurz opadnie, to się zastanowię.
Choć obawiam się, że TA SPRAWA, KTÓRĄ MAM NA MYŚLI, nigdy mi się nie zmieści w głowie. No nie. Zbyt ciasna puszka, czy coś.


Idę pilnować swojego nosa.


Bo jestem idiotką. Niby taka fą fą wielka-mądra, książki poczytała, rozumów pojadła, a mówi do dziecka: Chodź, bo ja idę i zostaniesz tutaj SAM.
Człowiek cały czas pierdoli głupoty i nie ma o tym pojęcia.


Niech mnie ktoś dobije.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza