poniedziałek, 14 grudnia 2009

papa was a rolling stone

Okazuję się być saręką piękną i czystą, co to me myśli jak białe zeszyty, że o oczach nie wspomnę.


Bo tak: jak byłam mała, naiwnie mniemałam, iż jestem suczą cyniczną, bez czci i wiary. Ale świat się zmienia i oto wyprzedził on mnie o trzy długości, czy-czte-ry.


Te, ongi niewinne, koleżanki zamężne ze swą pierwszą miłością – dziś po rozwodach – dbają o swoje potrzeby, które, jak wiemy zamykaja się w przysłowiu: w starym piecu diabeł pali. Osiągnęły już taki poziom zepsucia, że romansują nawet, tfu!, ze swoimi byłymi mężami!
I wszędzie wokół seks i wyuzdanie, trójkąty, czworokąty, ośmiokąty, zdrady, kłamstwa, depresje, sepuki, drogie prezenty i motyle w brzuchach. A moze to tylko kac po don perinionie, nie wiadomo.
I dziecka płacz.


A ja taka nierozwiedziona! Nieumówiona. Niezgeometryzowana. Brzydka. Głupia. Mdła. Bachory mam wredne, rozpuszczone, nie zaznały sprawy rozwodowej, podziału majątku, orzeczenia o winie.


Zaczynam czuć się gorsza. Staroświecka. Wyrastają mi białe kołnierzyki i włosy pod pachami. Czuję, że odstaję, nie pasuję. ZNOWU.


Koleżanki mi mówią protekcjonalnym tonem, że nic o życiu nie wiem.


Nie wiem.
Wiem?
Wiedziałam.
Ale czy ja wiem?
Coś tam wiem.
Bo ja wiem?


Sama nie wiem.


W zasadzie mają rację: stara prawda głosi, że przy jednej dziurze to i kot zdechnie.


A co przy jednym kocie?



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza