niedziela, 9 maja 2010

sun day

Dwa perseny forte robią tak, że można nawet nie zabić w niedzielę.


Mąż mój ma pretensję, że zabijam zawsze dnia siódmego. Cóż, tylko wtedy mam tyle wolnego czasu, żeby mordować. W dni powszednie ciągle gnam z wywalonym jęzorem i nawet by sięgnąć po siekierę nie starcza mi czasu.


Małżonek twierdzi, że mam to po mamusi, która też zawsze dostawała pierdolca podczas duszenia świątecznych mięs. Napadała na bogu ducha winnego tatusia i wyrzucała mu, iż najpiękniejszy kęs jej życia ujadł.
Tak, jakby nie ujadł.


Ależ, ależ. Może mam, może nie mam.


Może mam to od samości, może od zapierdalania ze szmatą w poczuciu bezsensu, może stąd, iż mam o sobie niesłusznie wysokie mniemanie i mi się wydaje, że mogłabym bóg-wie-co, gdyby nie udupiające czynności polegające na permanentnym zbieractwie: zbieraniu flaszek po kokoakoli, łachów, papierzysk, ogryzków, kłaków z podłogi, mchu z wanny i kolekcjonowaniu tego, czym się potomstwu nie chciało trafić do kosza. Plus obłąkane eksperymenty na papierze toaletowym, skutkiem których brak papieru i zatkana umywalka, lub na tabletkach musujących eksplodujących wprost w meblościankę z kryształowymi łabądkami.


I gary, wszędzie gary. Czy wy też wszędzie widzicie gary? Tematyki obiadowej litościwie szerzej nie rozwinę, tak jej nienawidzę.


Więc, gdy idę wylewać żale, i staję z kopyścią, niespełniona, cała we we łzach i kuchennym fartuchu, to słyszę miast słów pociechy, żem chuj straszny i że telewizor specjalnie zasłaniam celowo.


Nie wiem jak szanowne państwo, ale ja mam dość.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza