niedziela, 6 marca 2011

druciane myjki

Były tuż. Czułam ich zimny, połyskliwy dotyk. Motały kokon ze stalowych sprężyn. Tarły pumeksem do krwi.


Otwarłam oczy. Pierwsza zero cztery.


Poleżałam na prawym boku. Poleżałam na lewym boku. Poleżałam na prawym-lewym-prawym-lewym-prawym-lewym boku.


Wstałam. W mojej głowie zagrzechotał burdel. Po chwili poziom oleju wzburzonego raptownym ruchem czaszką wyrównał się. Klamoty przestały uderzać o siebie.


Rozgoniłam myśli z sadzy, filcu, pojedynczych skarpet i fusów po herbacie. Upchnęłam je dysonansem poznawczym z tyłu głowy. Siedzą. Kraczą.


Za dnia ich nie słyszę. Nie słucham. Linia zajęta. Linia prosta. Przerywana.
Wyłażą nocą. Czarne, skołtunione, drapiące. Rozpełzają się pośród
nudnego krajobrazu
szarych pagórków
wyschłych drzew


Podobno giną w ciepłym mleku.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza