czwartek, 17 marca 2011

może to jej urok, może to lumbago

Wiesna, co?


Poznaję po tym, że sie we mnie zakochało dwóch.
Jeden kiwał sie po przeciwnej stronie przejścia dla pieszych, gdzie stałam. Mi machał zalotnie i mrugał zapluszczonymi oczkami. Szczęśliwie wiało w odwrotnym kierunku, gdyż feromon jaki przy tym wypuszczał, był, jak sądzę, dość niewyszukany. Lub nadinterpretuję jego wytłuszczone, podarte odzienie w kolorach ziemi, a w rzeczywistości był to król w łachmanach. Szejk arabski szukał żony, co to nie poleci na jego niebotyczny szyb wiertniczy, lecz na osobowość.
Trudno, przepadło.
Drugi łapał mnie na dziecko. Wnosząc z outfitu prawdopodobnie również koronowana głowa, jednak mniej bezkompromisowo poszukująca prawdziwej miłości, bo jakby czystsza. Pewnie żonata. Też, na nieszczęście, podzieliła nas rwąca rzeka pojazdów. Wołał jednak i gestykulował: Chłopiec czy dziewczynka? Chłopiec. Mogę mu coś pokazać? Nie.
Trudno, przepadło. Znowu.


Niemniej rozsmakowałam się.


No i w związku z tą wiesną rzuciłam na usta karminowę szminkę i poszłam się lansować do plazy czy innego city center. I gdy tak się przechadzałam popatrując czy szejk może na zakupach u Pierra Cartiera, z przykrością odkryłam, że mnie od tej szminki strzyka w krzyżu.
Jak to możliwe? To proste.
Kiedy się ma karminowe usta, nie wypada, no się nie da, przemykać chyłkiem z wzrokiem wbitym w ziemię. Nawet z papuciami w pająki w reklamówce CCC. Normalnie coś takiego wstępuje w człowieka, duch Palomy Picasso czy inna zaraza, że się automatycznie zaczyna zadzierać nosa. I nieprzyzwyczajony do czerwonego kręgosłup natychmiast zaczyna skrzypieć i chrobotać. Prawdą jest, że organ nieużywany zanika. Lub przynajmniej wyrodnieje.


Wróciłam do domu zgięta w pół. Przytachałam z TESCO cztery siaty i ani jednego szejka.


Proza.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza