niedziela, 4 grudnia 2011

gry i zabawy weekendowe

To była jedna z tych leniwych sobót, gdy deszcz dżdży, a dzieci się nudzą. Wpadły więc Królewny na tradycyjny, mały armageddon.


Na początek było zbiorcze hasanie po kanapie, potem krokiem diabła tasmańskiego towarzystwo przeniosło sie do sypialni, by tam okręciwszy się w pościel sunąć przez przedpokój przebrane za farsz z naleśnika. Następnie zoczyło gdzieś wyjęte świeżo z dna szufady czapki mikołajów o róznym stopniu atrakcyjności: jedna bezgwiazdkowa, druga gwiazdkowa, ale nieczynna i trzecia najfajniejsza – z jedną pulsującą gwiazdką.
Nieidentycznośc oferty zrodziła kwas towarzyski i zaczęły się niesnaski i wyrywanie sobie nakryć głowy z włosami i w końcu propozycję rozjemczą, aby zamieniali sie nimi co 5 minut zgodnie z ruchem wskazówek zegara, co w pewnym stopniu nawet weszło w życie, ale zaraz straciło jakiekolwiek znaczenie w obliczu Aramaja. Ten oto wychynął ze swej pieczary aby dać się łaskawie osaczyć. Tu czapki poszły w diabły, a rozpoczęła się korrida, joga, dżudo, siadanie, skakanie, ugniatanie, malowanie tatuaży mazakiem WODOZMYWALNYM, bo tylko takie mam, posiadam jako polak po szkodzie. Ogólne sado-maso, kąsanie plus wiązanie wzystkimi szalikami świata ever całkiem na smierć.


Trwało to może z miłą godzinkę, a potem wesołe dzieciątka lekko przygasły wskutek nierównej walki z moby dickiem, i przyszły do mamy, siadły jej potulnie na kolankach, a mama poprawiła czułym gestem jednej z Królewien zmierzwione kucysie i jak nie wrzaśnie:


- ONA MA WSZY!!!


Następnie wpadki potoczyły sie błyskawicznie, Królewny pobiegły się dezynsekować, a i my natarliśmy skronie onym pospiesznie nabytym  w aptece petroleum, w nadziei że jeśli jakaś samica kuca właśnie z wypiętym zadkiem, by złożyć jajo wśród naszych pukli, to ją w tej pozycji śmierć zastanie. I nie wiem, czy to dobrze czy niedobrze, ale substancja ta zabezpieczyła nam zdaje się skórę głowy na długie dni, bo za nic nie dało się jej zmyć z włosów tłustych, zwłaszcza na potylicy.


No i teraz piorąc-wietrząc-nacierając-odtłuszczając staram się ogarnąć sytuację: jedną połowę mieszkania wrzuciłam do pralki na bio, drugą połowę, w nadziei na mróz, wystawiłam na balkon, gdzie mrozu nie ma, tylko smętne sześć stopni, jak w maju i deszcz
zacina, moczy wszystko, ale i tak kołdry-poduszki w sześciu siedzą i
chłodzą, studzą system rozrodczy parazytów. Trzecią
połowę, wielkogabarytową tapicerowaną powinnam odkurzyć, worek w worek,
związać, wynieść, spalić i zakopać. Ale, jako elektryczna weganka, nie
mam odkurzacza. Mam za to żelazko, stoi zakurzone. Może odkurzę
wreszcie, wyprasuję kanapę, może to wystarczy?


No i czekamy na rozwój wypadków, drapiąc sie trochę. A dla rozładowania stanu napięcia nerwowego gramy sobie w grę-zabawę towarzyską:


Na talerzu leży wsza – kto się odezwie, ten ją ma!



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza