czwartek, 24 listopada 2011

cholerne gołębie

Krecia postanowiła się zmienić. Ulepszyć.


Wyplenić po pierwsze primo z języka swego giętkiego perzynę, co to jej zarosła zagony słów z miażdżącą przewagą, którą można by scharakteryzować lapidarnym „co kurwa, to słowo”. No, może nie każde wyartykułowane – Krecia, bądź co bądź, damą była – ale pomyślane. Bardzo.


Cóż z tego, skoro życie w prekariacie nie dawało Kreci pożywki dla jej szlachetnej intencji gniotąc ją, doginając, nie szczędząc ciosów oraz męcząc piemesami. Krecia nawet pomyslała, iż została przeklęta przez los i sasiadkę z dołu, bo gdy weszła do banku celem dokonania wpłaty długo wyczekanej kwoty wydartej spod stoliczka krwiopijcy, to wpłatomat na jej widok zaczął nagle świecić na czarno doradzając jej życzliwie, aby skorzystała z najbliższego urządzenia. Krecia nie odwzajemniła przychylności wpłatomatu krzycząc na niego, że jasne, że – tu słowo – z dupy sobie wyciągnie. To nie było eleganckie, ani komifo wobec, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że wcześniej w piekarni jakiś typ wykupił Kreci ostatnią drożdżówkę z makiem, oraz że uciekł jej autobus, to jej rozchwianie emocjonalne nie było już takie znowu nieoczywiste.


Z drożdżówką, mimo pierwotnego zalewu nienawiści wobec podłego jawnożercy, pogodziła się dość łatwo, gdyż bardziej od drożdżówek z makiem lubiła Krecia nie mieć grubego zadu. Przy niedoborze ciasteczek w organizmie jego prawdopodobieństwo drastycznie spada. Jak również przy użyciu autobusu. Z tym jednak Krecia pogodzić się nie mogła.


Nie miała ona bowiem talentu do komunikacji miejskiej. W masowych środkach transportu zdarzały się Kreci bajeczne przygody – raz jechała z Babą Jagą – starą kobietą o zmierzwionych włosach, która oblizując palce mazała po zaparowanej szybie tajemne piktogramy mamrocąc przy tym tejemne zaklęcia, znacznie częściej jednak ze Smokami Wawelskimi. Smoki wsiadały dopalając peta u progu pojazdu, a następnie zionęły z trzewi zaoszczędzonym na czas podróży gorzkim dymem prosto w kreciny, wykrzywiony szczerą nienawiścią do bliźniego swego, pysk. Dlatego wyspecjalizowała się ona w zawężaniu konieczności korzystania z autobusów do niezbędnego minimum łażąc kilometrami przez chaszcze, tory i głebokie wykopy, by po przejechaniu na bezdechu trzech przystanków wysiąść i z ulgą osoby uwolnionej z ramion anakondy rzucić się w wykopy, chaszcze. I na tory.


Najzabawniejsze jednak w tym wszystkim (lub najmniej zabawne) było to, że teoretycznie Krecia nie miała powodów, by podróżować komunikacją miejską. Przeciwnie. Była właścicielką luksusowego pojazdu silnikowego, z tym, że na trzech, z wymaganych czterech, kołach.


Dziwne? Czy ja wiem?


Krecia zawsze podejrzewała, że jest odrobinę chora psychicznie. Może nawet trochę bardziej niż odrobinę. Nie potrafiła jednak obiektywnie ustalić, na ile stopień skomplikowania sytuacji niedoboru kół polegał na tym, że była ona realnie zawiła, a na ile z Krecinych schizoidalnych projekcji, których potrafiła ona wygenerować milion na każdą okazję.


O tym jednak, drogi czytelniku, innym razem.
Albo, znając Krecię, wcale.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza