wtorek, 27 marca 2012

purchlaki, warchlaki, szum foczych piór

Wiosna przyszła. Foka ma purchla na dupie po zimie. Czy też po myciu. Jak człowiek myje, to się zawsze czegoś domyje. Nie warto.


Ciągle nie mam wyrobionego zdania na zadany temat „Jaki wolę, iżby był
mój samochód?”. Abnegacko upierdolony czy też drobnomieszczańsko
wyglansowany. Wariant pierwszy jest tańszy (wyszły mi od pielęgnowania
wnętrza patyczkiem do ucha wszystkie paznokcie), a drugi ulotnym jest
niczym sen złoty Salomei i jeszcze te purchle. W koreańskim pojeździe
nie do pomyślenia! Jak mję raz usiadł na masce młody człowiek pod
wpływem alkoholu i wydrapał nożem głęboko swą złość na świat i ludzi,
tak  kilka lat jeździłam z tą deklaracją nienawiści i nic. Literalnie
NIC. A jak nic, to co? Nic. Nie będę przecież latać do lakiernika z
niczym. Ot, lekko się utleniło, ciut zredukowało. Ale żeby zaraz jakieś
purchle?
Skąd wiem wszakże, że to „purchel”, spytam, bom sama ciekawa? Otóż z internetu.
Wpisawszy w gógla hasło : „Wykwit korozji na karoserii” otrzymałam
póltora wyniku o rzeczonym wykwicie i około miliarda o „purchlach rdzy
na lakerze”. W trzy sekundy.
I stąd wiem, co to. Bardzo fajnie jest mieć purchla. Chyba, bo jeszcze nie miałam.


Już wiem, po co są dzieci i samochody – żeby się człowiek nigdy nie nudził.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza