poniedziałek, 11 czerwca 2012

tato, już lato, będziemy jedli lody

Małe dzieci nie dają spać, duże nie dają żyć i chyba mi się uleje.


Nie chciałabym zapeszyć mówiąc brzydkie rzeczy, bo przecież kocham ich nad życie, ale ich NIE MOGĘ. I jeśliby teraz, dla mnie za karę, nagle wszyscy umarli, to bym miała, ten swój święty spokój. Ha! Aż by mi w pięty poszło! NIE WOLNO TAK NIGDY MÓWIĆ, NIE WOLNOOO! Są tacy, którzy oddaliby wszystko. ALE:


Ale zwariuję, oszaleję, nie mogę oddychać, jestem OSACZONA, a właściwie już mnie w ogóle nie ma: jestem miotłą, jestem garem, jestem siatą, wielbłądem, pralką, odkurzaczem, zrzędzącą klępą – wredną i mściwą frustratką i niech mnie ktoś uwolni z tych lian, więzów, szpon, bo oszaleję.


Świata poza nimi nie widzę – nie da się. Zasłaniają. Wrzeszczą. Kwiczą. Otwierają sobie parasole w tyłkach. CIĄGLE CZEGOŚ ODE MNIE CHCĄ. Jeszcze nie doszłam do tej fazy, w której do dziatek ryczy się WYPIERDALAĆ!!!, ale jestem niebezpiecznie blisko. Związać, zakneblować, zamknąć w tapczanie, swędzą mnie dłonie – będę się witać na pieniądze.


Nie wiem, gdzie leży przyczyna.


Nie są to dzieci złe ani niegrzeczne, przynajmniej w porównaniu – znam kilka takich sztuk, które na miejscu rodziców zderzyłabym płowymi główkami i oddała się w ręce policji. Ci moi chłopcy są spoko – nie sypią starszym paniom piasku do majtek, nie polewają wodą z węża i ogólnie są łagodnego usposobienia, ale jakoś tak na mnie działają… jak w dowcipie o mężu, co to patrzy na śpiącą małżonkę i myśli, że fajna-fajna, tylko żeby choć trochę obca była.


Myślę, że ze wszystkich dostępnych ról rodzicielskich najbardziej nadawałabym się na weekendowego ojca.


Koniecznie ojca.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza