niedziela, 27 stycznia 2008

yyy…

Na dzień dzisiejszy (moje ulubione sformułowanie obok tego, że sprawa ma charakter rozwojowy) to już nic do kwadratu.


Druga potęga z nica.


Siedzieliśmy z Buniozylem cały dzień w domu bo zaczął padać snieg a my jesteśmy nieprzyzwyczajeni.
I myśl, że oto idziemy na spacer a łaty śniegu padają nam za kołnierz, ostudziła nasz, i tak już nie najgorętszy, zapał.
Przez co dzień się nieco wydłużył.
Około godziny 16.oo już kompletnie nie wiedziałam co dalej.
No, ale Buniozyl był dzisiaj dzieckiem niezwykle uprzejmym i nawet nie wył przeciągle cały dzień, jak to mu się czasem zdarza, tylko niweczył mój trud.
Albowiem umyłam dziś okno balkonowe nie bacząc na to, że należy pamiętać by dzień święty święcić. A na deser umyłam podłogę w salonie. A ten potwór rozsmarował lekko przeżute mandarynki na całej lśniącej powierzchni.
Lecz nie tylko bachor lecz i aura ze mnie drwi. Wichury i zamiecie śnieżne oblepiły moje krystaliczne szyby. Patrzyłam na to i gryzłam palce do krwi.
A propos palców to już już miałam sobie pomalować pazury na kolor karminowy. Niestety, moje najnowsze hobby sprawiło, że oto nie ma co malować.
I jak tu zostać kobietą luksusową?
Na początek zamurować by trzeba otwory okienne.


Coś pieprzę.
Idę.


Albo nie.


Ciekawi mnie, jak długo jeszcze ze wszystkich zakamarków wyłazić będą
igły z dawno przebrzmiałej choinki? Mam igły w kocu, w wannie, w butach
a ostatnio pocharatałam sobie udo gdyż miałam igły w kieszeni spodni. Dziecko miewa igły w paszczy.
Jedno zamiatanie to około trzymilionydwieściesiedemdziesiątpięćtysięcy igieł.


Za to jak człowiek chce coś przyszyć to nie uświadczysz.


No!


To teraz idę.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza