środa, 5 marca 2008

łan łej tiket tu de muuun

Siedzimy i machamy poprawe 9 (slownie: dziewięciu) bledow ortograficznych w  1 (slownie: jednym) dyktandzie.
Alez piekna bombe otrzymal Aramaj!
Piekna i calkowicie zasluzona. Nic dodac nic ujac.


========


Paczka od H. dotarla.
Zawierala jeden smalec wegetarianski, kilka par nieduzego obuwia i stoczterdziescidziewiec par bodziszow.
Teraz moge smialo zakladac zlobek a milusinscy moga bez skrepowania lac do gaci.
Dla wszystkich starczy suchych desusow.


Jadac po przesylke napotkalam offroad.
Wlasciwie to zawsze tam byl.
A teraz dla niepoznaki go nie ma, nie ma, nie ma, czujnosc uspiona, a tu nagle: tadam! – koniec drogi.
A nawet jakby swiata.
Za to poczatek wyprawy na Marsa. Calkiem za darmo (nie liczac wygietych w chinskie osiem kolek)


Marsa zwiedzamy bez pospiechu.


Mowi nam o tym ograniczenie PREDKOSCI do 20 km/h.
Po lewo, prosze wycieczki, koparka, dzwig, jezioro, koparka, dziura, przepasc, nasyp, kanion, lej po bombie, rzeka, wodospad.
Tu korek – przepraszamy za utrudnienia -  i czas na refleksje: prosmy swietego krzysztofa, zeby nam sie samochod zlamal.
Zielone.
Usmiechniety pan w ubloconej po pachy kamizelce pokazuje na migi: tedy prosze, po chodniku bo tam nie ma dnaaa.


Teraz Bunio w tych butach tez lubi smigac po kaluzach.


========


Znacie te historie jak facet uciekajac przed psami schronil sie na drzewie?
Ale mial pecha, bo na tym drzewie bylo jeszcze wiecej psow.


Zupelnie jak z ta poprawa.


Trzymaaajcie mnieeeeeee



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza