czwartek, 17 lipca 2008

to byla blondynka

Jesli dzis czwartek, to cale szczescie, ze nie jestesmy nad morzem.


Nie ma nic POTWORNIEJSZEGO od nadmorskich wakacji w zaplesnialym domku kempingowym (a wszystkie sa zaplesniale gdy slonko nie nadaje) z bachorami. Liczba bachorow nie gra roli. W zasadzie nawet im jest ich wiecej tym lepiej, bo drecza sie wzajemnie a nie ojca, glownie matke.
Wszystkie smarkaja, maja piasek w uszach, mokre buty i kleszcza.
I WSZYSTKIE SIE NUUUDZA.


Dlatego zawsze troche sie boje urlopu.
(powiedzialam: troche?)


Przed laty nic a nic sie nie balam. Przed laty odwazna bylam dziewica. Przed laty w zasadzie nie robilo mi roznicy: pada czy nie pada.


Czy padalo czy nie padalo bylo rownie fajosko, gdyz czlowiek (przykladowy czlowiek, OCZYWISCIE nie ja, o nie) nie wychodzil z ciagu, latal na golasa po debkowskich plazach, bral prysznic bez majtek z uzyciem szamponu w slodkowodnej rzece w towarzystwie przeplywajacych kajakarzy a potem usychal blond wlosy w ognisku, zaopatrywal sie w pelen wachlarz uzywek w kiosku na plazy o wschodzie slonca (a slonce o taaakie rzesy puszczalo), jadl wedzona rybe z szampanem z gazety, zapoznawal przygodnie poznanych partnerow seksualnych (blondynow, brunetow i rudych) i okrecal ich sobie wokol palca tak, ze potem dzwonili, pisali a najzuchwalsi nawet przyjezdzali.


A teraz.


Obecnie aura wplywa na moj nastroj oraz postrzeganie rzeczwistosci zasadniczo, kiedy to mam na wychowaniu dwoch muskularnych brunetow/blondynow niepotrzebne skreslic,
in spe.
Bo rudzi chyba nie beda. Zreszta, cholera ich wie.


Wiedziona wspomnieniami ide szlochac.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza