środa, 3 września 2008

po cóześ ty wołki przygnał

Pisac? Nie pisac?



No bo tu sie takie rzeczy dzieja, ze wody!




Po pierwsze, moja tesciowa, ten mistrz olimpijski w dyscyplinie o nazwie:
„CZEGO SIE CHYCI TO SPIERDOLI”
przeszla sama siebie, przescigla i pobila rekord swiata. Co tam swiata! Wszechswiata ze szczegolnym uwzglednieniem drogi mlecznej!




Ostatni raz taka piekna katastrofe odnotowano jak ten meteoryt dupnal, co to zgladzil dinozaury i nie ma ani jednego.


Ustawila, mianowicie, piramide z moich wszystkich naczyn i tez jej to duplo.




Nie mam slow. No nie mam slow.


I ani jednego glebokiego talerza.


Zupe dzis jedlismy z patelni.


Poza tym PRASUJAC wypalila subtelny trojkat na desce do prasowania, tuz obok podstawki na zelazko. Tez mi wyczyn, trojkat. Sa tacy co potrafia wypalac cale obrazki lutownica w drewnie.





Po drugie zas, jakies stwory wygryzly mi system korytarzy w meblu.


A potem nagle zmarly przy uzyciu domestosa.


Nie zazdroszcze.




Ale po kolei.




Robie wiosenne porzadki. Jesienia, bo mialam przerwe i trzy nogi. A potem przyjechal maz i w ogole kanal.




Zatem dzis na szafce w kuchni pacze, a tu kasza gryczana prazona zapodziana. A w niej sto dziur a w nich robaczki.


Pff, robaczki.


Kasze, pfunk, do kosza, omiotlam, przetarlam gdy WTEM!




NARAZ!




Patrze blizej. 


Jeszcze blizej. 


I jeszcze troche blizej…


Jeszcze ciut, ciut…




O, teraz dobrze.




Zatem patrze, a tam gdzie stala kasza jakies meandry wydrazone w drewnie.


Normalnie na gorze mialy jadalnie a na parterze sypialnie!




A potem je strasznie szczypialo i dalej nie pamietaja.


Bo nie zyja. Mam nadzieje.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza