sobota, 16 maja 2009

zielono mi jak w niedzielę

O, jak ja lubię.
Lubię czochrać się w rosochatej, cierpkiej zieleni dojrzałej wiosny.
I najlepiej, jeśli padało i ślimak ślimak pokaż rogi.


A jeszcze lepiej jeśli mam lekkiego kaca.
Lekki kac powoduje u mnie stupor kontemplacyjny. Chwilowe zamarcie pióra w dupie i ogólną niemożność.
Niemożność występująca w tandemie z piórem w dupie to mieszanka nieprzyjemna.
A niemoc z niemożnością to koktajl uspokajający, powodujący pełne rezygnacji wyciszenie.


I tak, na przykład dzisiaj, godzinę siedziałam z Buniem na schodach i jedliśmy żelki.
(Cekamy na tate!)


A potem spadł deszcz i ogumieni od stóp do głów poszliśmy buszować w bujnym listowiu.
I były kałuże, i żaby, ślimaki i lody, i gumisie i czipsy o smaku beczki soli.
Jedynym zgrzytem na zielonej tafli naszego spaceru była próba ogumienia Aramaja, który dygocząc wykłócał się, że nie założy kurtki, bo jest mu ciepło i w ogóle gorąco.


Obecnie zaczyna się jazda pt. wyglądam w tym idiotycznie.
Najidiotyczniej w sandałach.


Facet w sandałach…
Coś jest na rzeczy.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza