poniedziałek, 28 września 2009

nie ma tego złego

Jak we wojnę, pani kochana!


Wody nie ma od rana, ZNOWU, szkoda, że ZNOWU całkiem znienacka.
Nie mam serca spłukiwać klozetu żywcem zdrojem, ale chyba nie ma wyjścia, jeśli nie chcę paść tu trupem na dur brzuszny. Oraz tyfus.
Fryzura moja także do najświeższych nie należy. Muszę jutro zasięgnąć języka w spółdzielni, czy warto zainwestować w perukę, nim owa szumna „inwestycja, o którą zabiegaliśmy o kilka lat” zrujnuje mi pijar do szczętu. Nie będąc w posiadaniu ani jednego czystego widelca, łyżki ani noża i zmuszona będę, niejako przy okazji, zadźgać zarząd brudnym sztućcem.


Ponadto drozofila melanogastra rulez. Bo nie ma lodówki. Odłączyłam truchło od respiratora gdy tylko okazało się, że przeszło na tryb grzewczy. I teraz koleżanki duże ślinianki opanowały domostwo. Powoli wypierają nas za drzwi.
Ale mamy asa w rękawie, bo jutro po czternastej ma przyjechać nówka sztuka. Gwarancja 24 miesiące. Bardzo jestem ciekawa.


Tak więc wody nie mam, lodówki nie mam, ale nie jest tak żle, bo jest coś co mam: mam chore dziecko.
Przedszkole zadzwoniło, że mam sobie to dziecko wziąć.
To wzięłam.
I mam.



A teraz z innej beczki:



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza