czwartek, 28 października 2010

zen i sztuka rozmrażania samochodu

Motoryzacja pędzi naprzód. Dziś mi śmigła w osobie pewnej damy.

Bo tak. Rano. Przygruntowe przymrozki. Szron na pojeździe.

Powzięłam zatem narzędzie i wykonałam skrobankę. Szuruburu.


A jednocześnie zerkałam na pewną damę, co to wraz ze mną zawitała na parkingu, lecz miast skrobać drogocenny pojazd, zapaliła silnik i godnie zasiadła w klimatyzowanym wnętrzu. I gdy ja, niczym dziewczynka z zapałkami, naga i bosa niweczyłam płaszcz lipidowy swych alabastrowych dłoni, dama wsłuchiwała się w ton nadawany przez radio zet czy świergot innego rajskiego ptaka.

Ot luksusy.


Takie damy mnie drażnią.


Wiem, panie doktorze, wiem, powinnam spróbować seksu. 


Dziesiąć minut później, gdy już zalogowałam Buniozyla w przedszkolu, dana dama błysła mi w oko swą rozmrożoną strzałą w siną dal.


Ergo: piętnaście minut ta szczeżuja stała i smrodziła na MOJEJ planecie.

Zatruwała MOJE środowisko naturalne.

Sprawiała, że giną lasy tropikalne, walenie wylegają tłumnie na brzeg, wysmołowane na czarno foki szare zdychają w męczarniach, usycha grzegrzółka.

DŁUGO BY OPOWIADAĆ.


Wiem, panie doktorze, wiem, seks.

Podobno dobrze robi na kompulsywne segregowanie odpadów.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza