środa, 1 września 2010

cotokogo

Łeł, łeł, łeł, łeł, łeł, łeł…


Rozrusznik mi padł, w sensie intelektualnym, pozwolę sobie na takie oto nadużycie słowa intelekt. A co!
W sensie mózgu, co to nie generuje ostatnio nonsensów.
Nie to miałam na myśli…


Eee.


Czytam damskie czasopisma, które chytrym podstępem przemyciłam we walizie od Szafranowej.
Podstęp się zresztą nie powiódł, gdyż OSOBY UZURPUJĄCE SOBIE prawo do pierwoczytu PRZEKOPAWSZY MÓJ BAGAŻ odkryły moje niecne zamiary i dalejże rzuciłyśmy się do wyrywania sobie kłaków, aż się Bunio popłakał.
Wyszarpałam zatem z gardła Balladyny koło stu kilogramów (wszystko na kredzie, a kreda wiadomo: waży) luksusowego blichtru i wyznań osób skazanych na sukces. Jak to cierpią, bo w końcu kaźń to kaźn, ale się nie poddają.


I wylazły ze mnie przy tej okazji Geny-Dziada-Pradziada.


Geny-Dziada-Pradziada charakteryzują się tym, że osoby nimi obciążone kłócą się z telewizorem.


I tak:
Dziad się kłócił.
Ojciec się kłócił.
Syn się kłóci.
Co do Pradziada, Prapradziada i Praprapradziada to źródła milczą, ale jestem pewna, że kłocili się z czym się dało: papirusem, dymem z ogniska, posłańcem na ośle i tamtamami.


Czyli ogólnie rzecz biorąc rodzina moja jest skłócona z mediami, jak, nie przymierzając, pewien nieboszczyk na eksponowanym stanowisku.


Osobiście posiadam mutację owego genu, gdyż telewizor czniam ja, za to kłócę się mimochodem z lukrowanymi czasopismami dla dam. Siedzę w toalecie, wertuję i wątpię, jestem sceptyczną, nie dowierzam.


„Gówno prawda” myślę niechcący, „sranie w banie” mi sie wymsknie, „srutututu dupa z drutu”.


Wszystko zwątpienia mam takie analno-fekalne, czyli jak na okoliczności w jakich dane mi jest zaznać luksusowej prasówki, bardzo, przyznają państwo, komifo.


Co do analno fekalnych fiksacji, to też nie ja jedna to mam.


Buniozyl z koleżankami również się lubi zanurzyć w temacie.
Jest tak. Spotykaja się i zaczynają litanię:
Buniozyl: - Mój brat ma kupe na głowie! Brecht trzech małych Marchołtów, taki, wiecie, z brzuszka.
Julietta: – A mój brat ma siusiaka na głowie! Rechot, tarzanie się po podłodze.
Mayonaise: – A mój brat ma dupe na głowie! Śmiech do łez, sikanie do majtek.


I tak dalej, do utraty tchu.
Kto wie, może jakiś nowy gen?



(Uprzedzałam, że mi nie działa).



piątek, 13 sierpnia 2010

baczność!

Jednym ze skutków ubocznych ostatniej serii niefortunnych zdarzeń jest to, że się trzęsę i gdaczę: kokoko, nie podchodź, kokokoko, uważaj, kokokoko, nie upadnij, kokokoko, uważaj, upadniesz!


Trzymaj sie mocno, nie wychylaj się, nie rób, ostrożnie, zejdź, nie wchodź, puść, nie biegaj!!!


Podobno, aby z zimną krwią pozwolić dziecku radzić sobie na placu zabaw i w życiu, trzeba się przełamać.


I ja już byłam (prawie) przełamana, gdy wtem okazało się, że nikomu nie można ufać, a zwłaszcza aniołowi stróżowi, który nie dopełnił obowiązków służbowych.
Ha! A ja wiedziałam! Podejrzewałam. Przeczuwałam to. Przewidziałam. Miałam to przed oczyma, i sto innych scenariuszy na daną sekundę, na ten krok, w takim bucie, na takiej nawierzchni! (No dobra, gwoli prawdy CZEGOŚ TAKIEGO nawet ja sobie nie potrafiłam przekombinować).
Bo w ogóle coś ostatnio anioły stróże się opierniczają: Mayonaysse jest w szpitalu, gdyż jakaś wredna gadzina ukąsiła ją w oko.
I ja się pytam: gdzie oni są?
Gdzie ci aniołowie?
Ładnie to tak porzucić dziatwę na pastwę grawitacji i krwiożerczych owadów? Ładnie?
Nie wstyd? Nie?


Zatem wiedziona nieuleczalnym syndromem herosa, jako jedyna sprawiedliwa rzuciłam się na pomoc swojemu maleństwu i oganiam je od muszek, wyściełam mu dróżkę watą bawełnianą, trzymam w słoiku i karmię cukrem. Ale pudrem, żeby się nie zakrztusiło.


Kurza dupa. A już byłam (prawie) przełamana!
I znowu wszystko na nic.
Kokokoko!



wtorek, 10 sierpnia 2010

dąb dupa dębowa

Pracuję nad sobą.


W mojej głowie siedzi komisja śledcza i jest niezadowolona z wyników prowadzonego postępowania. Audyt wewnątrzmózgowy wypada słabo.


Zatem przyjęłam chytrze linię obrony: AGRESYWNA SAMOAKCEPTACJA POPRZEZ ZINTENSYFIKOWANĄ AUTOSUGESTIĘ.


Wobec powyższego przepracowuję zarzuty krytyka wewnętrznego następującą mantrą: (Tu wzruszenie ramion): Chuj. Tak mam.


Zupełnie jak hrabinia, co ładnie tańczy.


Nie zdanżam… (Żołądek się kurczy wegetatywnie, zimny potek wstępuje na czółko…). Wzruszenie ramion: Chuj. Tak mam. Rozkurcz.
Dziadki zaniedbane, niedożywione, głupie, brudne, posmarkane… Skurcz. Wzruszenie ramion: Chuj. Tak mam. Rozkurcz.
W łazience mchy porosty oraz w kuchni, kryształy niedopieszczone, firanki szarawe, bakterie rządzą zostawiając wszędzie ślady undulipodiów… Wzruszenie ramion: Chuj. Tak mam. Rozkurcz.
Nie umię, nie rozumię, nie jestem, niestety, dość ładna, lecz za to zgrabna także nie, w każdym razie nie dość szczupła, nie dość miła, sympatyczna, inteligentna, pochytana, ogarnięta… Skurcz – Wzruszenie ramion: Chuj. Tak mam. Rozkurcz.


Nieładnie tańczę…
Chuj, ale brzydko mówię!



poniedziałek, 9 sierpnia 2010

bo wypadek to dziwna rzecz…

…Nigdy go nie ma, dopóki się nie zdarzy”.
Kubuś Puchatek


Sprawa się miała następująco.
Buniozyl stał, stał, stał, aż tu naraz zgiął go nagły hals i runął nim o ziemię, zahaczając nieznacznie jego twarzą o stół.


Jako osoba przyzwyczajona do podobnych wariacji grawitacyjnych w
wykonaniu małoletniego, tym razem prawie nie chciałam rzygnąć z
przerażenia.


Niesłusznie.


Po obmyciu ofiary z krwi i łez odkryliśmy bowiem z małżonkiem jeden krótszy ząb.
Ba! Krótszy ząb w zasadzie nikogo nie dziwi w podobnej sytuacji, lecz
TEN ząb był zdrów, a w każdym razie cały. Jedyne co się w nim zmieniło
to lokalizacja: zamieszkał spowrotem w zębodole.


Hm, hm.


Co robić? Pierwszą ostoją w podobnej sytuacji jest dla strapionych mateczek nieodzowne forum.
Zaszłam więc w jego gościnne progi i znalazłam dwa, DWA podobne przpadki na tryliard rozmaitych zachorowań. Ale były.
Lekko udobruchana krzepiącymi słowy matek z dziatkami bez-z-zębem na
przedzie udałam się na spoczynek z żelaznym postanowieniem, iż nazajutrz
odwiedzimy kompetentnego specjalistę, co to nam sytuację naświetli i
naprości.


Pierwsza na liście specjalistów okazała się trudna córka mojego trudnego dentysty, także z zawodu pani stomatolog.


Przyszliśmy, strapieni, niektórzy spuchnięci, okręceni kocykiem pocieszycielem, ssąc palec kciuk.


Jako, że w kontakcie z drugim człowiekiem kluczowe jest pierwsze pięć
sekund znajomości, zatem celem zadzieżgnięcia owocnej współpracy pani z
zawodu stomatolog zgromiła ofiarę grawitacji wzrokiem i dowiodła jej, że
palce służą do czegoś ZUPEŁNIE INNEGO.


A następnie zajrzała ofierze do ust i bez słowa wyszła.


Siedzimy, siedzimy. Na ścianie przekroje przez szczękę, żuchwę i w ogóle czaszkę. Fajnie.
Pani stomatolog powróciła. Oświadczyła po krótce, iż to są sprawy, o
których nie ma pojęcia i skasowała za to wyznanie 30 zł. Fajnie.


Na nasze błagalne jęki, czy nie mogłaby nam chociaż polecić kogoś kto
się zna (a to dopiero musi kosztować!) podała nam nazwisko takiej, co
się zna. Chyba.


Wyszukawszy w internecie nazwisko tej-co-się-zna-chyba? zadzwoniliśmy.
Odebrała: Tu-osobista-asystentka-tej-co-się-zna, słucham?
Opowiedzieliśmy po krótce, w czym rzecz.
Osobista-asystentka-tej-co-się-zna powtórzyła tej-co-się-zna.
Ta-co-się-zna bardzo się zbulwersowała. Wykrzykiwała coś spoza
słuchawki, że ząb ten natychmiast należy usunąć, zaś
osobista-asystentka-tej-co-się-zna powtarzała słowo w słowo za swoją
panią, dzięki czemu powstało echo i poniekąd trudno było cokolwiek
zrozumieć.


Jedyne, co udało nam się ustalić, to numer doktora Jemiołuszki, który rwie.


Zadzwoniliśmy zatem, do doktora Jemiołuszki, który rwie, lecz doktor
Jemiołuszko, który rwie miał akurat przerwę w rwaniu, gdyż nie rwał.
Był na urlopie.


Strapieni zasiedliśmy do internetu, by poszukać kogoś, kto rwie.


Klinika doktora Wiercika. Najpiękniejsza w regionie. Ęmplaty w kolorach
tęczy. Do każdej blomby za milion pięćset lalka barbi-syrena lub ken-górnikhutnik.
Dzwonimy.
Niestety, najbliższy termin ostatniego grudnia trzy tysiące któregoś tam roku.
Odpada, w tym czasie mamy sąd ostateczny, nie damy rady przyjść.


Trudno. Wracamy do forum. Tylko forum może nas uratować.


I oto spełnia ono pokładane w nim oczekiwania.
Znajdujemy polecaną panią doktor.
Znajdujemy przychodnię.
Dzwonimy.
Odbiera sympatyczna rejestratorka.
Pędzi do pani doktor.
Pani doktor OSOBIŚCIE fatyguje się, by z nami porozmawiać.
Mówi, że mamy przyjść. Że SPECJALNIE NA NAS będzie czekać.
Czujemy się dziwnie.


Jedziemy.


Jest. Rzeczowa. Sympatyczna. Odpowiada na wszystkie nasze pytania. Nie usuwa, nie rwie. Będzie leczyć.
Jesteśmy zbici z tropu. Chcemy całować ją po rękach, z trudem się powstrzymujemy.


Tyle.
Tylko tyle.
Aż tyle?


Dużo czy mało?



wtorek, 27 lipca 2010

bezendu

Zastanawiam się nad tajemnicą, którą kryje moja aura, a która każe zbiegać się ze wszechświata roztomajtym starym ropuchom i wchodzić mi na głowę.

Dziś, dajmy na to, w wakacyjnym przedszkolu, do którego uczęszcza Buniozyl opierniczyła mnie pomoc do dzieci.

Jako, że nie jestem już nigdy sobą, natychmiast poleciałam na skargę do dyrekcji.

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nadużyła ona (w sensie pomoc, nie dyrekcja) mojej uprzejmości nie pierwszy raz. 


Personel pyskuje, a w klozecie śmierdzi szczyną.


Nie jest dobrze. Osiągnęłam już taki stan, że czekam właściwie na kogoś, kto mnie zaczepi, powie, że mój samochód mu zasłania, czy coś.

Czekam. Czaję się, żeby zaimprowizowawszy na szybkości irokeza wrzasnąć z bielmem na oczach: AR JU TOKIN TU MI?! AR JU, KURWA, TOKIN TU MI?!




Jeśli kondycję psychiczną mierzyć ilością zakupionych na allegro IDENTYCZNIE TAKICH SAMYCH butów damskich, przy czym ilość kopytek jest tu odwrotnie proporcjonalna do wysokości nastroju, to powinnam sobie szczelić w łeb z obcasa.

Ale same buty: palce lizać. Pod warunkiem, że mi ich nie odpiłują…




Fajnie jest stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że nasze dziecko ma poczucie humoru. Takie, o jakie nam chodzi.
Moje dziecko, to nieduże, wybuchło dziś perlistym śmiechem, kiedy rzekłam:
- Jedz szybko, bo ci lody wystygną.



I jeszcze mnie dziwi, jak dalece się nie znam na ludziach. Lub była kumulacja. Wdepnęłam w koktajl składający się z jednego bajecznego buraka oraz jednej prymitywnej kurwy, odrzutów atomowych z miasta zet. Miasto zet jest z dawien dawna nacechowane przemysłem ciężkim i to może być to. 





Z gwiazd rokandrola kocham się w: 1. Janerce Lechu, 2. Maleńczuku Macieju 3. Sie zastanawiam…

W zasadzie mogłabym się z nimi ożenić, a Janerka to jest już nawet z urody podobny do mojej babci, więc śmiało moglibyśmy zostać rodziną. W pewnym sesie przez zasiedzenie.




Nie potrafię jakoś złapać w tym sezonie letnigo filingu. Wiosennego nie zdążyłam. Bo najpierw katastrofa, potem pogoda nieładna, następnie klęska żywiołowa.

Z latem mam tak samo: najpierw katastrofa, potem klęska, obecnie pogoda nieładna.





piątek, 23 lipca 2010

hasta maniana

Jako, że życie jest podłe, a świat niesprawiedliwy, toteż nie zdanżam kupić obuwia letniego w tym sezonie. A jest wykluczone by prawdziwa la donna e mobile zasuwała kolejny rok w ten sam powtarzający się lać przyodziana.


Newer egein.


Pal licho polskie centrumy handlowe wypełnione po brzegi asortymentem, co to la donny nie jara, ale w pogoni za przeboską koturną udała sie ona na drugi koniec Europy a tam…


…no właśnie…


tam…


pocałowała.


Nie, nie don Fernanda pod wąsa, choć padły zawoalowane propozycje (tu wtajemniczonym podam jedynie hasło do ekskluzywnych sezamów: HAJ DRAGON!) lecz klamkę przenajróżniejszym nadśródziemnomorskim butikom.


Tak, panowie panie. Szok kulturowy. Inaczej tego bowiem nazwać nie idzie.


Idzie bowiem wschodnioeuropejski, rozwydrzony młodą demokracją konsument, co to go udręczone ekspedientki mają rozkaz obsługiwać do ostatniej kropli krwi, do południowoeuropejskiego sklepu obuwniczego, idzie, powiedzmy o 20.45.
Bo wiadomo: sjesta.
Rano sjesta, w południe sjesta, wieczorem myśli, że może się, może, w przerwę w sjeście ze swoim zapotrzebowaniem na wyroby skórzane iberyjskiego przemysłu obuwniczego (ichniejszy Radoskór) chytrze wpasuje ze swymi walorami na euro skrzętnie przeliczonymi.


Idzie buńczuczny, piórko mu się migoce.


Widzi magazyn skrzący się wielorakim asortymentem oraz oświetleniem w paśmie atrakcyjnym i zakupom sprzyjającym. Wkracza. Ślinianka mu pracuje, oko jak u jaszczębia połyskuje łypiąc, dłoń w krogulcze paznokcie nr 103 urban purple zdobna zaciska się już na pierwszym upatrzonym egzemplarzu, gdy wtem…


światła gasną
muzyka milknie
roleta opada (na szczęście tylko do połowy)
urocze ekspedientki przybierają naraz nieprzysiadalny wyraz ócz


i wszyscy konsumenci jak raz karnie odkładają na miejsca mierzone właśnie pepegi i przy akompaniamencie szelestu własnej odzieży opuszczają głowy i lokal.


eee…



czwartek, 22 lipca 2010

lepsze zero niż nic

Najgorzej.


Rzuciłam się wobec tego na te swoje wycharczane wakacje jak pies na kobiety a tam: zadziwienie.


Dwa tygodnie w osłupieniu tu i kolejne dwa stuporu tam, sprawiły, że już nigdy nie będę sobą.


I stąd mam depresję.
Stąd i nie stąd. Nie wiem, może to z upału, ale mój stan permanentnego nieogarniania kuwety zamienił się w stan podwyższony.
Stan alarmowy, rzekłabym.


Rzekłabym, ale nie rzeknę, gdyż zwierzyć się nie mam komu.


Nie daj boże mężu. Mąż, gdy słyszy o depresji to już jest tak wkurwiony, że dla własnego dobra lepiej się z tego pomysłu wycofać, udawać, że się jej nie ma, nie miało i mieć nie będzie.
Mąż nienawidzi bowiem depresji żony. Uważa, że jest to stan wymierzony w jego dobra osobiste. Że żona posiada depresję celem zarzucenia mu sprawstwa i popsucia dnia, miesiąca, a nawet roku.


Zatem jest prawie jak zwykle.
Jak zwykle prawie kupujemy samochód.
Jedziemy na prawie wakacje.
Prawie nad morze.


 


Prawie. Najgorzej.