sobota, 31 stycznia 2009
czwartek, 29 stycznia 2009
z łożyska befsztyczek i placek i babka
U Toma Cruise’a szykuje sie znowu niezła wyżerka: podobno Katie Holmes jest w ciąży.
To sie chłopak musi cieszyć.
Jeśli wierzyć wiarygodnemu źródłu, jakim niewątpliwie jest pudelek, przy poprzedniej okazji pożarł on łożysko.
Nie wiadomo czy na surowo czy sote z patelni.
I jak to było: czy czekał z nożem i widelcem u wylotu, że tak powiem.
Tak czy owak, takie łożysko, drodzy panowie, to kawał mięcha jest.
Nie powinno się marnować.
Oszczędzają bogaci – i nam też się opłaci.
albo – albo
W ramach przygotowań do wiosny obżeram się bułą z pasztetówą.
To dobrze robi na linię. Na linię O.
W przyzakładowej kuchence dymi jeszcze ciasto, bo mamy tu dzisiaj solenizanta.
Więc będzie to O pogrubione.
Z zaskoczeń największym w tym tygodniu jest takie, ze kupiłam sobie kurtkę. Zieloną.
Przyniosłam do domu kurtkę. Zieloną.
Wyszłam w zielonej kurtce na światło dzienne. I co?
Zielona kurtka okazała się być żółta. A konkretnie w kolorze „dojrzały groszek”. Bardzo dojrzały.
Dla producenta też musiało to być olbrzymim zaskoczeniem, ponieważ pochopnie ochrzcił ten kolor mianem „oliwka”. Następnie wyszedł z belą materiału na podwórko w Pekinie a tam: dojrzały groszek.
Mnie to zasadniczo nie robi różnicy, nawet lubię umysłowo chore kolory, ale umawiałyśmy się w sklepie, że będzie zielona.
Będę musiała ją ukarać.
I jeszcze, sama nie wiem dlaczego, chciałabym by małżonek zajął się naprawą zdeformowanego samochodu.
Chcę być samodzielna? Wyemancypowana? Niepodległa?
To dlaczego się uparłam, żeby to zrobił właśnie on?
Żeby zatelefonował, poszukał, znalazł, załatwił, pojechał, wrócił, wyklepał, uiścił, napompował, umył, postawił.
Albo kupił nowy.
To ryba bez roweru czy silne, męskie ramię?
Skąd taka dychotomia?
Niech mi to ktoś wytłumaczy, bo nie rozumiem.
wtorek, 27 stycznia 2009
spór o drzewo iglaste
Zatem choinka.
Choinka jest rafą koralową na wzburzonym oceanie mojego małżeństwa, o którą rok rocznie rozbija sie ono z wielkim hukiem.
O choinkę bijemy sie od zarania. Nie zdarzył się w tej materii nigdy gorszy sezon.
Urodzaj tu mamy zawsze.
Mamy choinkowe walki zapaśnicze, choinkową wojnę nerwów, choinkową próbę sił, choinkowe demonstracje feministyczno-maskulinistyczne.
Żadne z nas się nie poddaje, nie ustępuje pola.
Tak, jak w przyrodzie odwiecznie przychodzą po sobie wiosna, lato, jesień i zima, tak i u nas, jakiś czas po świętach następuje awantura dzika z chujami i kurwami w rolach głównych, pod hasłem:
„Kochanie, wynieś choinkę”
Zawsze tak samo, zawsze wściekle, zawsze w wielkim afekcie.
Przybliżony termin awantury domowej na tle (będącej jednocześnie swoistym ukoronowaniem niesnasek świąteczno-noworocznych, symbolicznym zamknięciem sezonu) uzależniony jest, w dużej mierze, od gatunku drzewka bożonarodzeniowego.
I tak, na przykład, najdłuzej trzymają się sosenki, dzięki czemu mogą stać nawet do marca.
W zasadzie moglyby zdobić salon nawet dłużej, gdyby nie fakt, ze tracą kolor i rudzieją.
Osoboim zdeterminowanym polecam próbę pociągnięcia ryżej sosny na kolor zielony przy użyciu farby w spray’u.
Na drugim miejscu pod względem trwałości upierzenia plasują się jodły kaukaskie, aczkolwiek bez przesady: koniec stycznia.
Igliwie opada umiarkowanie prędko, jednak uroda tleje dość szybko, gdyż jest to drzewko delikatne i wiotkie. Już około Nowego Roku obserwujemy smętne obwisanie gałązek pod ciężarem bombek, które przyjmują pomału pozycję up side down.
Zdecydowanie w ogonie wloką się świerczki, które już w Wigilię zasnuwają dywan grubą warstwą wybitnie kłującego igliwia, a w Sylwestra mamy do czynienia z suchym kościotrupem zdobnym w lampki, nadgryzione pierniczki-koniczki bez nóg i papierki po cukierkach.
Z pewnościa najlepiej pod względem trwałości wypada choinka sztuczna, a jej niezaprzeczalny walor kolorystyczny także nie ulega naporowi czasu.
Brak naturalnych aromatów sztukować możemy dezodorantem do pomieszczeń, który automatycznie rozsnuwał będzie woń świeżo zżętego lasu co 9, 18, lub 36 minut.
Ze zrozumiałych jednak względów nigdy w życiu sobie nie kupię sztucznego drzewka.
Mogłabym bowiem wpaść w szał w październiku.
A jesienią nie-lu-bię.
niedziela, 25 stycznia 2009
kryptonim: choinka
Jak ochłonę, to napiszę o dorocznej walce o choinkę.
Czy może raczej o jej brak.
O to, żeby jej nie było.
To będzie PASZKWIL.
O, a tu dziewczynka. Znacie? Bo ja tak.
A tu idea.
sobota, 24 stycznia 2009
odpowiednia pogoda na szczęście
Drogie dziecko donosi, że w Cortinie dwa i pół metra śniegu i słońce.
A tu?
Komu przeszkadzało te dwadzieścia centymetrów? Komu, pytam?
Inne życie było przez te krótkie dwa tygodnie. Inny świat.
Liczba depresji gwałtownie spadła, ale juz wróciła do normy.
A nawet wzrosła.
Za oknem syf i zgnilizna.
Psie gówna wychynęły spod śniegu i wnikają na butach pod strzechy.
W dodatku nie mam pomysłu na obiad.
Oraz pomysłu na życie. (Kup go!)
Czy są pomysły na życie w torebkach?
Takie co to wystarczy zalać szklanką wrzątku, włożyć do woreczka i piec w piekarniku w temperaturze.
I mamy życie jak ta lala.
Bez t ł u s z c z u.
Mimo ukończonych osiemnastu lat ciągle nie wiem, co będę robić, jak już będę duża.
A wy?
czwartek, 22 stycznia 2009
famous blue raincoat
Osoby szczerze zmartwione stanem słynnego nowego Leksusa Kota, spieszę uspokoić, ze jest zdrów i cały i nic mu nie grozi.
Stoi sobie ciepły i bezpieczny w klimatyzowanym wnętrzu, wypolerowany i pieknie oświetlony. Wywoskowany. Dopieszczony.
Bo gdzież może być lepiej samochodowi niż w przestronnej macicy salonu samochodowego?
Na zewnatrz czyhaja same niebezpieczenstwa, takie jak, na przykład, hydrant zapakowany podstępnie w bałwanka.
Nie, nie, nie.
Jeszcze raz nie. J e s z c z e nie.
Podobno.
To nie nowy Leksus Kota ucierpiał. To ciągnie się za mną kryptonim Peżot. Ciagle nowe ksera i papierki, dokumenty, oświadczenia, rzeczoznawcy, świadkowie. (Jak mi ktoś sobie kupi na te ksera lodówkę, to uprzedzam, że sie do tego kogoś wprowadzę. Z DZIEĆMI.)
Można by pomyśleć, że to ja dobiłam autem do bliźniaczych wież WTC i one sie od tego przewróciły.
O czym to ja miałam? Bo przecież nie o Leksusach, cóż mnie one obchodzą.
A, o teoretycznie romantycznych związkach z trudnymi mężczyznami.
Ale teraz nie mam czasu.
Na trudne związki, ani w ogóle.
—
Nienawidzę swojej pracy.
Związana z nią tematyka tak mi już obmierzła, ze chyba przejdę na islam.
Nie widzę innego wyjścia, ponieważ wszyscy wokół pierdolą obecnie o kryzysie i raczej nie mam szans a zmianę zatrudnienia.
Więc sobie zmienię wyznanie chociaż.
Muszę. Cokolwiek.
Bo oszaleję.