czwartek, 19 marca 2009

RENAMENT

Uwaga: czendżys.
Obecnie będzie tu rozpierdziucha oraz nieład, ponieważ moja znajomość hateemela równa się minus jeden, ale się nie poddaję.


Ha! Już jest fajnie!
Wypierdzieliło mi w kosmos statystki.
Żegnajcie na zawsze niezrównane w swym absurdzie sekwencje wyszukiwanych ciągów znaków.
Lepsze jest wrogiem dobrego.


I tagi wylazły, nieproszone.
Tagi, dodam, ćwiczebne.


A to dopiero początek.





Zasadniczo po całym dniu bezowocnej walki z hateemelem, moim osobistym wrogiem, którego, wiem to na pewno, nienawidzę, straciwszy wzrok i całą dniówkę na zakładzie bez pudelka, wróciłam, mam wrażenie do punktu wyjścia.
Jest jak było, tylko nieco jakby gorzej.


Lowely, kurwa. Dawno nie mialam tak dojmującego poczucia straty czasu
Chyba tylko przy okazji ostatniej próby grzebania w blogu.


Co za podlec, zgnilec, htmlec. Ale ja go jeszcze złamię.
Odgryze mu łeb.
Popamięta mnie on i te zdziry ze spółdzielni mieszkaniowej.



nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma

Eeee, aaaa…. tego, no ten, co to ja eee…


Klątwa kreativa działa. Nie potrafię sklecic zdania. Jakby mi ktoś życie me – nieocenione źródło uroczych perypetii – wziął i zawiązał na supełek.
Normalnie wszystko już było. Wszystko już zjadłam (żółty ser mnie nie cieszy, biały nie cieszy, pleśniowy, topiony, kozi, owczy, ze szczypiorkiem, żaden. BRYNDZA.) wszystko wypiłam, wszędzie już byłam.


Nie no, kurdę, co ja gadam! Nigdzie nie byłam!


Nie to co Mirabella K., moja koleżanka ze szkolnej ławy.
Ta to ma życie! Trójkę dzieci odchowała, starego pod pachę i w długą.
Obecnie można śledzić plan jej wojaży wraz z adekwatnymi fotografiami na naszej klasie:


Poniedziałek: Rzym-Watykan, dajom spagetti ale nie tykam.
Wtorek: Malme – strasznie tu piździ, leca pod palme.
Środa: Tunezja, pływom w basenie czytom poezja.
Czwartek: Hong Kong, jest żech w szpitalu, połknęłach ping pong.
Piątek: Londyn – paczy sie na mje durś jakiś blondyn.
Sobota: Praga – wlazłach w gówienko przez nieuwaga.
Niedziela: Bruksela. Ida do sklepu po mortadela.


I tak w kółko.


I ja się pytam mego męża: dlaczego?
DLACZEGO NIE JA?
Gdzie tu jest sprawiedliwość?


I nie mam czym zabłysnąć w naszej klasie.
W ogóle nie mam czym zabłysnąć. Złotym zębem.



środa, 18 marca 2009

znów jest zeń słów niepotraf

Przysmuciłabym, ale mi słów nie staje.


Gdzieś mi się tam po łbie pałętają podkorowo jakieś spostrzeżenia o przemijaniu, ale jak chcę takie przyszpilić i zamienić w złotą myśl, to ono pyk.


I dupa.


Pamiętacie swoich dziadków-pradziadków?
Kogo kto tam miał dzieciństwie zamierzchłym, postaci mgliste, mitologiczne, przykurzone, w sepii? Tych, po których zostały okulary w grubej rogowej oprawie o pożółkłych szkłach, laska, kapelusz, guziki od płaszcza, teczka, może fajka?
Osoby obojętne i dalekie. Obce i blaknące.


Zatem to właśnie chcę powiedzieć, nie wiem czy się jasno wyrażam, że mój ojciec do nich dołączył. Wstąpił w ich szeregi choć jest był współczesny, dzisiejszy, tutejszy, jakby na wyciągnięcie ręki.


I wszystko jest jak dawniej, leży na swoim miejscu, tylko nie ma kogo zapytać gdzie. Klucze, śrubokręty, śrubeczki, gwózdki, linijeczki, ołóweczki.
Leży chyba nawet bardziej niż kiedyś. Jak w mauzoleum.


Nawet szklanka, a na niej odciśnięte ślady palców i ust, których już nie ma.


I to nie daje mi spokoju.


Oraz stopięćdziesiątmilionów innych rzeczy.



wtorek, 17 marca 2009

życie towarzyskie i uczuciowe

Duże dziecko o dziecku niedużym:


- Ten oto, tutaj, mały  i n c y d e n t.



Bunio obudził się w czwartek rano, spojrzał przez okno swojego pokoju i stwierdzil:
- Nieg pada!
Po czym, udawszy sie do kuchni, zawołał w wielkim zdumieniu wskazując łapką na okno:
- O! I tu pada!



Bunio na widok reklamy z bobrem co to zna tysiac bitów. Zbulwersowany? Przerażony? Nie wiadomo.



- Co to jest?!! Co to jest?!!



czwartek, 12 marca 2009

and the winner is… żurek!

Powiedzcie mi dziewczynki, o co chodzi z tym kreativ bloggerem? Czy wygram pulicera?
A czy to aby nie jest przypadkiem łańcuszek szczęścia?


Uwielbiam łańcuszki św. Antoniego!


W podstawówce nigdy nie starczało mi subordynacji aby przepisać żądaną ilość razy tekst z kartki w kratkę i notorycznie skazywałam się na śmierć lub kalectwo w wyniku nierozesłania wieści do wskazanej liczby osób.


Imperatyw spadał mi zawsze w połowie trzeciej kopii. Raz nawet próbowałam kserować przez kalkę (zawsze miałam skłonność do naginania zasad a teraz nagle się dziwię, skąd to się bierze u mojego potomstwa. Miglanc z dziada pradziada. Se włala). Ale też w końcu pisałam coraz wolniej, i wolniej i wolni…


A potem był obiad lub w ogóle coś stawało na drodze moich planów i zamierzeń. Poza tym, wstyd się przyznać, szkoda mi było kasy na znaczki. Wolalam kupić sobie gumę balonową typu donald z komiksem i ją zżuć. A w następstwie jeszcze kłamałam w żywe oczy koleżankom, gdy te pytały z naciskiem „czy wrzuciłaś, Grzesiu, list do skrzynki?”, powodowane chciwością zorientowaną pod kątem lukratywnych obietnic jakie przyrzekała korespondencja tym, co wysłali i okrążyło świat.


Bo mnie czekały tylko trąd, dżuma i obustronny paraliż.


I właśnie z tamtych czasów pozostał mi nawyk przerywania łańcuszków. Perwersyjna radocha z psucia innym zabawy.
Weszło mi w krew, nic na to nie poradzę.


No chyba, ze za tym stoi pulicer.
To wtedy wszystko odszczekam. Na kolanach.


Niemniej bardzo się wzuszyłam i niniejszym serdecznie dziękuję autorce bloga solosetratadevivir.wordpress.com
za miły gest.



środa, 11 marca 2009

przednówek

Tak. Pa-zu-ry.


Jak co roku w marcu urosły mi gigantyczne paznokietki niczym wiosenne przbeśniegi, tyle że w kolorze nr 322 Russet Flame.
Nie wiem co z nimi począć.
Jest to dobro naturalne z reguły niedostępne i kruche. Więc hoduję
zaciekle. Pławię się w luksusie podziwiając stale dekoracyjne
zakończenia swoich paluszków.
I czekam kiedy czar pryśnie.
A on nic.
Jestem już trochę zniecierpliwiona tą klęską urodzaju. Ale przecież nie utnę czegoś tak rzadko występującego w przyrodzie.
Więc się męczę, katuję, kaleczę. Wydłubuję sobie oczy podczas ablucji,
charatam dzieciom nóżki, dziurawię rajstopki, wypisuję brednie nie
mogąc utrafić we właściwe klawiszki.


Jednocześnie prace domowe odsuwam na plan dalszy żywiąc pesymistyczne
przekonanie, że lada dzień i tak mi się popsuje, więc będę mogła
wyszorować wszystkie kąty i piec piąty. Z rozpaczy.


I ubolewam nad faktem, że nie można ich czasowo odpinać.
Bo o ile bardzo przyjemnie jest damą być, powiedzmy, w kawiarni czy na
mieście podając złotą kartę kredytową celem sfinalizowania transakcji
kupna futra z norek, o tyle nieco mniej fajnie jest być famme fatale na
stacji benzynowej w trakcie dopompowywania kółek do barów lub wymiany
pierdzących wycieraczek.


Życie jest podłe.


A tymczasem kwiecień-plecień. Czy coś.







poniedziałek, 9 marca 2009

w poniedziałek ja nie mogę bo…

Aramaj z Buniozylem siedzą rano w kuchni i pałaszują wczorajszą pizzę na śniadanie.


(Pierwsze! O tempora! O mores!)


Skradam się cichaczem z aparatem aby uwiecznić jedną z nielicznych chwil braterstkiej miłości i współpracy.
Moje niecne plany demaskuje głośne ping! fotoaparatu. (W końcu ma się tę bardzo drogą maszynę do robienia ping!)


Zaalarmowany Aramaj zasłania twarz wołając: No photos!
Buniozyl wtóruje mu zza rozczapierzonych paluszków: Nojotoś! Nojotoś!



Po południu przychodzą do Bunia laski.
Bawimy się w ostry dyżur i karetkę pogotowia łejo-łejo.
Dzieci poznają nowe słowa takie jak: trepanacja czaszki, trachykardia, złamanie panewki stawu biodrowego.
Strasznie im się podoba.
Co chwilę przywożą mi nowe duploofiary wypadków i kataklizmów. Osobiście wymyślają opisy tragicznych zdarzeń.
Ja, jako duploordynator tylko stawiam diagnozy i aplikuję aspirynę z niebieskiej walizeczki.


Widzę w nich przyszłe fanki serialu „Na dobre i na złe” z roku 2059.
Umieram z ciekawości, jakie wówczas perypetie napotkają doktora Burskiego, jego żonę
Zofię i ich praprawnuki?



Myję Buniowi pupę (Bunio w dalszym ciągu uważa, że z tym nocnikiem to taki żart i że prawdziwi twardziele walą kupę do gaci).


Daję do zrozumienia, że nie jestem dumna z faktu, że kupa nie znalazla się w nocniku:
Kupa! W majtkach! Ho, ho, ho, ale smród!


Nastolatek z pokoju obok, sentencjonalnie: Kto ma dzieci, ten ma smród.


Czego i Państwu życzę.