wtorek, 30 czerwca 2009

były sobie raz trzy liski


Które jadły z jednej miski
(…)
i na golasa lubiły chasać,
i na bosaka lubiły skakać.
A. A. Milne


Niestety, nie dysponuję fotografiami z zajścia, bo ciągle PADA, więc nie noszę kolubryny, ale odbiło mi się na siatkówce oka.


Było tak: szliśmy sobie z rekonesanasu piaskownicowego.
I padał deszcz, i słońce świeciło. Bez parasola szliśmy, bo już nas nie bawi. Ale za to w kaloszkach.
W piaskownicach żywego ducha: wiadomo – deszcz jest szkodliwy dla zdrowia, nie to co telewizor.


Więc wpadliśmy do Mayonaisse i Żulietty z wizyta towarzyską.
W ogródek.


A w ogródku, jak to w ogródku, sprawy potoczyły się błyskawicznie:


Niektórzy sikali, a jak sikali to się posikali, a jak się posikali to gacie zdjąć musieli.
Jak niektórzy gacie zdjęli, to inni natychmiast chcieli.
Jak wszyscy gacie zdjęli to się w dzikim tańcu zaczęli wypinać na różne strony obwieszczając światu swoje płcie.
Oraz płcie rodziców.


Żulietta: Ooo! Masz małego siusiorka! Mój tata też ma małego siusiorka!


Potem Żulietta zrzuciła kaloszki, jak Żulietta zrzuciła kaloszki to Mayonaisse zrzuciła kaloszki, jak Mayonaisse zrzuciła kaloszki, to Buniozyl zrzucił kaloszki, jak Buniozyl zrzucił kaloszki to już nikt nie posiadał kaloszków. Wielobarwne kaloszki poniewierały się w mokrej trawie pośród kłębiących się niekompletnie ubranych bachorów. I wszystko to smiało sie perliście, piekło ciasto z ziemi i kamieni (Mayonaisse: Masz, ciasto się już upieczyło), rwało brudnymi łapami niedozwolone kwiaty z ogródka sąsiadów i zlizywało z bród sok z arbuza.


A ja nie miałam aparatu.



poniedziałek, 29 czerwca 2009

nie ujezżaj, moj ty gałubczik

Spadek ilości facetów w bezpośredniej bliskości mojej osoby, owocuje zniżką poziomu testosteronu we krwi tejże.


W ogóle się nie denerwuję. Chodzę sobie, chodzę, na jednej nodze.


A właściwie chodzimy. Z Buniem. To tu, to tam, w deszczu, na lody, lizaki i bumy. Obiadów nie jadamy, bo tam są kalorie, a oboje mamy lęk przed kalorią: on wrodzony (po swoich narodzinach przez trzy doby nie dawał się namówić na cyc ani na nic) ja nabyty (po swoich urodzinach rzuciłam jedzenie, z miernym skutkiem).


Zatem pędzimy czas beztrosko i bez napięć. Nie myjemy się, bo nie ma wody. Tzn. jest, ale poza siecią, bo jakby mało było ostatnio wody na świecie, to jeszcze rura pękła na osiedlu i utworzyła żółtą rzekę (Yangcy) i morze żółte (Huánghăi). Bardzo interesujące z punktu widzenia wielogodzinnej eksploracji w kaloszkach.


Zresztą, jesteśmy i tak umyci.


Wczoraj nas umyło, z butami: właśnie zapuszczaliśmy się w gąszcz celem zapoznania się z ofertą drugiego dnia festiwalu, kiedy nagle czarna chmurka, umieszczona dla niepoznaki na  r e l a t y w n i e  bezchmurnym niebie, wypuściła z siebie bicze wodne.
Oczywiście, nie będąc w ciemię bitymi posiadaliśmy pelerynki, kapturki, parasole i folie przeciwdeszczowe. Oczywiście.
Cóż z tego jednak skoro siekło od dołu: opad odbijał się od podłoża i podskakiwał na wysokość pół metra, mocząc nam tym samym spodenki do kolan.


Więc rzuciliśmy w diabły ten cały przeciwdeszczowy pierdolnik i dalejże, oddawać się kąpielom kałużowym w strugach ciepłego deszczu. Było bosko. W ogóle się nie denerwowaliśmy.


•••


My modliszki tak mamy.
Nie umiemy wspolzyc w zwiazku partnerskim. Podmiot związku partnerskiego nas stale wkurwia i mówi o nas „wredna”.
A przecież obiektywnie jesteśmy „fajna”.
Podmiot, wyjęty z kontekstu, też okazuje się w porządku.


Więc o co chodzi? Nie rozumiemy.


Rozważamy zmianę orientacji. Tak na próbę.



sobota, 27 czerwca 2009

walk on the wild side

Czy ja jestem matką podłą?


Dręcząc się tą myślą zauważyłam, że mi komputer pękł troszkę. ZA KARĘ!


Byliśmy dziś z Buniozylem na plenerowym koncercie muzyki beznadziejnej, pardon, chrześcijańskiej.
Było bardzo miło, zjedliśmy kiełbasę z grilla i tańczyliśmy dziko przy akompaniamencie artysty specjalizującego się w utworach na fletnię pana.
Ave Maria i lejtmotiv z Titanica – bdb.


Konferansjerkę prowadził w ząbek wyczesany młodzian z kręgów telewizyjnych, znany głównie ze swych skłonności ku sodomii.
I niech mi tu który powie, że katolicy to naród nietolerancyjny!


Lekko mżył cieplutki deszczyk i byliśmy bardzo szczęśliwi: ja, Buniozyl i sodomita w otoczeniu niepokalanych. Oraz pozostałe piętnaście osób z widowni. Potem Buniozyl zabił dwa baloniki i poszlismy do domu przez gąszcze. Lubimy gąszcze, więc poszliśmy.


Tymaczsem Aramaj w ciepłych krajach.


Zajechał. Czekamy co dalej. Na razie wiadomo, że wszyscy są od niego starsi. To bardzo obiecujące. Na pewno przywiezie bagaż bezcennych doświadczeń życiowych.


I właśnie bagaż stał się przyczynkiem do moich rozterek względem ewentualnej podłości.


Bo tak: pakowałam syna.
Ile tiszertów? – myślę.
Sześć. A i tak będzie chodził tylko w jednym.
Ile par majtek?
Siedem. A i tak będzie chodził tylko w kąpielówkach.
Spodnie (do kolan): 3 pary
Skarpetki: 2 pary (przypominam: ciepłe kraje)
Polar: szt. 1 – tylko na podróż.
Czapka z daszkiem.
Sandały, klapki.
2 ręczniki, pasta, szczoteczka, płyn pod prysznic, olejek do opalania.
KONIEC.


Czyli smętnie pusta torba.


I teraz tak: syn wsiada do autobusu. Pan kierowca zapodaje torbę do luku i pyta w zadziwieniu: TO WSZYSTKO?
Na to ja spozieram na pozostałe bagaże i widzę pękające w szwach walizy, wywatowane do granic torbiszcza, garbate plecaki 450 l.
I zamieram.


Ale jest już za późno aby dorzucić jakieś baranie skóry i wełniane onuce.


Błagam, powiedzcie, obiecajcie, że on tam nie zamarznie!!!



wtorek, 23 czerwca 2009

pogoda ładna

Ten typ aury nieodmiennie kojarzy mi sie z wakacjami z Tatą: pada oraz wieje.


Wakacje z Tatą miały ten koloryt, że w najlepszym razie mżyło.
Oczywiście, można próbować to zrzucić na karb zbiegu okoliczności, z tym, że każdy  i n n y  zbieg okoliczności bywa czasem korzystny.
W tym przypadku rzecz nie miała miejsca.


Jego przyjazd nad morze zwiastowały zawsze kłęby czarnych chmur nadciągające nieuchronnie z południa, niż baryczny, biometr niekorzystny  oraz przybór wód na Warcie.


A potem już wiadomo: dziesięć w skali boforta.


Dlatego woleliśmy podróżować nad jeziora.


***


Każdy tęskni do krainy swojego dzieciństwa (oraz sobie rzepkę skrobie). Czy był w niej szczęśliwy czy nie – nie pamięta.


Pamięta jedynie ukryte w zielonym gąszczu, uczepione krzewu ptasie gniazdko, pełne miniaturowych prehistorycznych stworów rozdziawiajacych szeroko obciągnięte żóltą skórą pyszczki. Pamięta rozpacz, gdy nazajutrz stało puste.


Pamięta zielonozłotą, prześwietloną promieniami słońca wodę, gęstą jak rtęć, maleńkie rybki skubiące delikatnie zanurzone niej dłonie.
Długie włosy wodorostów czesane dziobem łódki, żywe w wodzie a zdechłe na wyciągnietym nad powierzchnię wiośle.


Martwe natury z żywych raków na piasku, kompozycje z kamieni, muszli, patyków, roślin, za szkłem z lustra wody.


Dzieciństwo to kontemplacja. Smakowanie trawy. Wąchanie świata.


A co śmierdzi spalinami i skrzeczy budzikiem?


Dorosłość.



poniedziałek, 22 czerwca 2009

czarrrny piotruś


Powiem jak jest:


Trampki Converse nie nadaja się na deszcz, gdyż można zginąć w dwóch sklepach spożywczych.


Tyle spraw pragmatycznych. Celem zmiany nastroju opowiem teraz o piłeczkach.


Opowieść o piłeczkach jest równocześnie opowieścią o parasolu, paznokciu, bilansie zysków i strat. Jest opowieścią parafilozoficzną, opowieścią żywcem jakby spod pióra Paulo Coelho. Albo nie. W każdym razie RÓWNIEŻ niesie w sobie potężne przesłanie, więc posłuchajcie i nie szeleścić papierkami.


Krecia wyprawiła Mamę na wakacje.


Mama Kreci nie potrafi wypoczywać w sposób bierny, zatem wymyśla dla siebie różnorodne zajęcia typu sado-maso na czas urlopu.
Najwięcej satysfakcji daje jej użeranie się z młodzieżą, najchętniej gimnazjalną. W nawiasie: w ciepłych krajach, co lekko rekompensuje trudy.


I tu rodzi się przypowieść o dwóch piłeczkach, parasolu i paznokciu.
A było to tak.


Krecia została poproszona o uprzejmość, iżby wpadła PO DRODZE (Krecia nigdy tamtędy nie jeździ) po piłeczki dla młodzieży gimnazjalnej do Biura Podróży, bo jeśli nie Krecia swoją limuzę, to pilotka z dalekich stron zmuszona będzie mknąć z piłeczkami środkami komunikacji miejskiej i nieszczęście gotowe. Piłeczką młodzież gimnazjalna jak wiadomo dysponować musi, jak również kartami do gry w czarny piotruś, ponieważ jeśli nie skanalizuje energii w sporcie, to wiadomo co.


(Dygresja: babcia Tabazy nie przepadała za jej znajomymi: „ponieważ koleżanki ją psują, a koledzy to wiadomo co”).


Zatem Krecia, zaniedbując jednocześnie w sposób rażący obowiązki służbowe, popędziła do Biura, nawet udało jej się zaparkować w odległości < kilometra co już wprawiło ją w różowy nastrój, porwała swój ulubiony PARASOL i pobiegła stukając obcasikami na wysokie, secesyjne piąte bez windy, skąd wybiegła z piłeczkami, paletkami, skakanką, blokami rysunkowymi, kredkami małymi i dużymi oraz kartami do gry w czarny piotruś, ale za to bez ulubionego parasola.


Parasol – minus jeden.


Wieczorem Krecia przyglądała się swoim paznokciom z zamiarem położenia na nich nazajutrz czerwonej emalii.


Następnego dnia zapakowała Krecia Mamę i rybiooką, wiotką pannę Pilotkę do swojej limuzę, KAZAŁA ZAPIĄĆ PASY (panna Pilotka zdawała się nie zdawać sobie sprawy z konieczności zapięcia pasów) i pognała 60 km do tam.


KULIMINACJA


Po dotarciu na miejsce, w trakcie manewru cofania Krecia łamie sobie paznokieć na przekładni skrzyni biegów, co odbije się niebawem szerokim echem w kosmosie, ale nie uprzedzajmy faktów.
Zatem Mama i panna Pilotka, w czasie kiedy Krecia obgryza w kabinie nieprzyjemnie dyndający paznokieć, wysiadają, zabieraja swoje filuterne pugilaresy, zatrzaskują klapę od bagażnika, żegnają się z Krecią wylewnie całując ją we wszystkie trzy policzki, i odchodzą w kierunku neoplanu 220.


Krecia, zjadłszy sobie paznokieć (minus dwa) do krwi, odjeżdża.


Po przejechaniu dystansu około 40 km w torebce Kreci słychać znajomą melodię.
Krecia nie może odebrać, gdyż nie jest w stanie przy prędkości 120 km/h namacać torebki na tylnym siedzeniu, ale już zaczyna profilaktycznie zgrzytać w myślach zębami.
Telefon odzywa sie drugi raz, tu Krecia jest już pewna, że coś jest na rzeczy. Zatrzymuje pojazd, dzwoni i już wie: dowiaduje sie dlaczego jej ojciec co rusz pragnął zabić jej matkę.


Dwie umyślne, przeszkolone, opłacone, oddelegowane specjalnie do piłeczek – zapomniały o piłeczkach!!!


W dupie mam piłeczki!


Przyjedż, przyjedź koniecznie!!! Jeśli nie przyjedziesz wzrośnie odsetek niepożądanych ciąż wśród młodzieży gimnazjalnej! I to będzie wyłącznie twoja wina!


Piłeczka – minus trzy!




czwartek, 18 czerwca 2009

póki się nie przysiadł ten pan

Nie rozumiem: o co chodzi? Czy chodzi o pieniądze? Pieniądze to nie wszystko!


Jak już ustaliliśmy na wstępie, absolutnie nie znam się na muzyce i tego się trzymamy, tak?


Ale są pewne granice, poza którymi czuję się walnięta mocno w rogi i nie chodzi mi o Gosię Andrzejewicz. Ani nawet o zespół Feel, co to sobie swój osobisty festiwal na cześć własną zmontował, niech mu Bóg w niebiesiech wybaczy i skróci mu silnie autoerotyczną egzystencję poprzez grom z jasnego nieba, ciebie prosimy wysłuchaj nas panie.


Chodzi o Kubę. Kubę Badacha.


Kuba Badach, bowiem, popełnił straszliwą zbrodnię: to on zamordował Andrzeja Zauchę!!!


Jak do tego doszło?


Otóż pewnego dnia obiegła eter wiadomość, że nagrał on oto płytę „Tribute to Andrzej Zaucha” i, nie ukrywam, wieść ta rozbudziła mocno moje apetyty.
I tak sobie trwałam z pracującą intensywnie ślinianką. Do czasu.
Do czasu kiedy singiel promujący płytę mnie nie obraził. Okazał się być policzkiem dla moich wybujałych potrzeb.


Wysłuchawszy utworu „Byłaś serca biciem” nabrałam podejrzeń, że nie tylko da się czytać bez zrozumienia, ale także śpiewać, wykonywać, interpretować. Z tym, że nie podejrzewałabym o to gruntownie wykształconego w elitarnej uczelni na ultraekskluzywnym kierunku, niezwykle utalentowanego, zawodowego muzyka.
Jak widać wszystko jest możliwe.


Co zrobił Kuba Badach?


Zrobił pranie. Z wybielaniem. Wyprał piosenkę z poczucia humoru, rytmu, sensu, kredensu, wszystkiego. Vanish polskiej muzyki rozrywkowej.
Rozwlekł pośpieszny timing, bicie serca obsesyjnego stalkera wyczekującego w napięciu na swoją ofiarę i wykonał smętną wywłokę pościelową, rozlazłe murmurando duszonego nylonową pończochą łabędzia. Wśród, co ważne, poduch, aksamitnych poduch z pomponikami.


Wszystko pięknie ładnie, aranżacja, tonacja, gracja, sracja, muzyczne falbanki i pozłotka, ale nie na temat.


NIE NA TEMAT!


I w dodatku dorzucił TELEDYSK!


Kubaś. Nienawidzę Cię!