piątek, 28 maja 2010

izi rajders

Z okazji zbliżającego się wielkimi krokami Dnia Dziecka życzę wszystkim milusińskim, aby ich kochający, rozumni rodzice zapinali ich w fotelikach samochodowych.


Zgłaszam ten niewygodny postulat, ponieważ to, co jest mi dane obserwować podczas działań zdawczo-odbiorczych w przedszkolu mnie zdumiewa. Ale to może dlatego, że nadmiernie zdumiewająca się jestem.


W zasadzie wszystkie konfiguracje należy przyjąć za oczywiste: dziecko luzem na tylnej kanapie to wariant najmniej hardcorowy. Mój ulubiony widoczek, to synuś podróżujący na stojąco, ciekawie spozierający spomiędzy siedzeń na drogi i bezdroża.

(Wiem, znam, sama to bardzo lubiłam, jeśli oczywiście pies mnie przepuścił, bo on miał zawsze pierwszeństwo i pełny garnitur srogiego uzębienia).

Są jeszcze trzylatki zapięte pasem pod szyję na przednim fotelu, dziecięcia luźno podróżujące w niezapiętym foteliku, coby nie krępować swobody i wystawiające płowe główki do pasa przez okno.


Jednak najfajniej mieć tatę z quadem. Tata z quadem bowiem robi fan i szyku zadaje, wlokąc potomstwo na sankach za sobą w oparach spalin, lekko tylko obryzgane błotem pośniegowym. Inne dzieciary są sine z zazdrości, a mamuśki mają mientkie kolana. I o to chodzi. A że się dzieciątko wykopytrnie pod koła innego uczestnika ruchu drogowego? Naprawdę? 


Wiem, wiem, to ja jestem głupia i przewrażliwona.

Osoby wierzące wierzą i wiedzą, że istnieje anioł stróż. A taka histeryczna kretynka ze wszystkiego widły robi. Wtyka nos w nie swoje sprawy.


Wiem, i przepraszam: jestem psychicznie zwichrowaną sadoterrorystką o chorej wyobraźni, która nie ruszy, jeśli wszystkich bachorów nie pozapina, nie skrępuje, nie omota, nie udręczy.

A przecież to tylko 600 metrów, 295 metrów, a może nawet 107. O, jak stąd do tamtego kiosku ruchu. Albo jeszcze bliżej, do tej latarni. Naprawdę szkoda sensu.


A odwal się, krowo!!!





poniedziałek, 24 maja 2010

zabili go i uciekł

Trzeba pilnować.

Bo, np. ukradną, albo zgubią, albo zepsują. Albo zamordują. Znowu.


Weźmy przykład zaczerpnięty z programu informacyjnego.

Kandydat na prezydenta, łudząco podobny do byłego prezydenta (lecz jakże różny od siebie z czasów prezydentury prezydenta) zasiada w pojeździe i oddala się w asyście. Na to w kadr wpada rozgorączkowany wyznawca i krzyczy histerycznie do obstawy: PILNUJCIE GO! NO PILNUJCIE GO, ŻEBY GO  Z N O W U  NIE ZAMORDOWALI!!!


Takie czasy. Trudne czasy. Mordują uporczywie. Nie wystarczy im raz. Mordują ile wlezie.


Ja też taka zmordowana, nie wiem czym. Życie mnie morduje. Bachory, stary.

Niby wiosna, ale jakaś taka…


Wspominałam już, że mi się nie chce?

Pada.


czwartek, 20 maja 2010

pięćdziesiątpięć Ah L+

Pada.


Akumulator waży dwieście sześćdziesiąt cztery złote i siedemdziesiąt groszy plus 30 kaucji za stary.
Zatem już wiem.


I jest efekt domina. Jeśli więc państwo mogą nie zaglądać pod maskę, niech nie zaglądają. Zaklinam.


Jakaś lampucera mi zdmuchnęła sandałki z allegro. Acz i tak mam marne szanse donabyć, gdyż patrz wyżej i wszystkie odmy są zmurszałe. Zatem sobie kupię po odmie, pasek klinowy w pas i pójdę się lansować. Nie wiem gdzie, może na giełdę samochodową?


Jestem zdegustowana. Motoryzacja mnie degustuje.
Wolałabym sobie zaprzątać główkę paznokietkami i żeby rycerz na białym koniu tego ten.


Nadal mi się nie chce.
Pada.



wtorek, 18 maja 2010

ile waży akumulator?

Bo sie mi nie chce.


Długopis mi rozmiękł od deszczu. Samochód mnie zdradził, zdrajca. Już mi się nie chce dzwonić po ludziach, żeby mnie wzięli na linkę.
Ty kurwo brzydka – rzekłam do niego, po czym odjechałam autobusem. W autobusie jest również bardzo, bardzo fajnie. Dużo fajniej niż na przystanku, stąd różnica.


No nic, naprawdę nic się nie dzieje. Deszcz pada. Spotkałam byłego narzeczonego. Na stacji benzynowej. Ale masz wóz! – Sprawiłam mu komplement. To nie mój! – żachnął się okrutnie. Nie rozumiem dlaczego. Ja mam taki sam. W tym tkwił właśnie świetny dowcip.


Pada.



środa, 12 maja 2010

myśl złota

„Jedyną zaletą małżeństwa jest to, że można być tak wulgarnym, obraźliwym i niechlujnym, jak się tylko chce”.


Elizabeth Hardwick           



poniedziałek, 10 maja 2010

włos długi rozum krótki

Zdradzę tu wielką tajemnicę w niejakiej konfidencji: jestem blondynką.


Obecnie taką bardziej od połowy długości włosa, ale zawsze coś.
Zatem kultywuję bląd pukle i stąd płynie gołym okiem, że jestem głupia jak but. I to dobrze. Że widać.
Nie widać tylko, że jestem przy tym wredna. A jestem. Makabra.


Bo weźmy mój wóz. Nie pali. Jak zmarznie to zaraz nie pali i już. Rzuca.
Takoż dzisiaj. Zmarzł. Rzucił. Nie zapalił. Myślę: AXA.


Dzwonię. Operator oddzwoni do pani za dziesięć minut – niezwykle miła, choć nagrywana, rozmowa wartko się toczy.
Czekam. Marznę. Nie palę.
Nie dzwoni.
Po pół godzinie dzwonię ja. Nagrywany pan twierdzi, że pomoc drogowa jest w drodze. Pleonazm. Myślę. Czekam.


Jest. Żółta platforma wiertnicza zajeżdża z piekielnym warkotem generując czarne tumany ropnego smrodu.
Z pojazdu wyłania się pan w żółtym kubraczku i A co to nam się tutaj stało? – zapytuje w sposób, który mój wewnętrzny feministyczny kamerton wprawia w natychmiastowe drgania.
- Akumulator padł – odpowiadam zgodnie z bon tonem.
- Ho, ho! Akumulator nam padł? – pyta lekko rozbawiony i widać, że nie dowierza, że snuje uzasadnione przypuszczenie, że wetknęłam kluczyk do zapalniczki i się teraz dziwię, że nie jadę.


Sprawdza. Wygląda wszak, że rzeczywiście akumulator. Trudno, zgadłam.


Przechodzi do, tych tam, bardzo męskich czynności. Rozpoczyna proces naprawczy. Usiłuje otworzyć maskę. Szarpie. Gmera. Tarmosi. Nic.
- Bardziej w lewo – podpowiadam. Gmera. Gmera. Nic.


HA! Tu go mam! Natychmiast przywdziewam mentalnie jego żółty kubraczek i rzeczę: PRZEPRASZAM PANA, ALE WIDZĘ, ŻE MUSZĘ PANU UDZIELIĆ POMOCY ASISTANS. Przeganiam go lisim wzrokiem, wsuwam alabastrową dłoń zdobną w karminowe pazury w szczelinę pod klapą, wprawnym ruchem namierzam ów wichajster i oto tryumfalnie podnoszę maskę. Przez chwilę z nią trwam niczym statuja.


TADAM!


Pan odchodzi i bez słowa zanurza się w gąszcz swoich kabelków. Przygaszony. Trawi.
Po chwili trudnego milczenia wyrzuca z siebie: Niech się pani nie dziwi, my tyle samochodów otwieramy, że naprawdę nie możemy ich wszystkich znać…


Udobruchana nieco widokiem jego tragedii osobistej mówię na zgodę:



- Ach, proszę pana! No, niech się pan nie gniewa! JA TYLKO ŻARTOWAAAŁAAAM.



AKURAT!