środa, 31 grudnia 2008

panie prosza panow

Zapoznalam sie z trescia ulotki dolaczonej do opakowania i teraz juz wiem. To tam tkwi amfetaminowa tajemnica niespania i niejedzenia.
Umowilam sie ze soba, ze dzisiaj ostatni dzien kuracji a potem sie zobaczy.


Sylwester! Czy wszyscy tancza?


Kupilam sobie wczoraj sukienke.
Najpewniej dlatego, ze wcale nie mialam tego w planach. Ot, poszlam do centrumu handlowego po kartofle, szampanskoje i ananasy do salatki i tam, z pobliskiego boutique, zaatakowala mnie ona slowami: kup mnie!
Oczywiscie troche sie wahalam, ale w koncu jej uleglam i mam. Moge pedzic na bal.


Nurtuje mnie tylko jedna sprawa: czy panstwo tez kupujecie sobie przez cale zycie te sama sukienke?
Takie wrazenie mam. Ja.
A moze to efekt uboczny poszukiwania tej najpiekniejszej, jedynej, wysnionej,
tres a la mode?
Niby one kazda inna, niby kroje, wzory, desenie i dlugosci sie nie zgadzaja, ale jakies takie jednakowe sa. Nie wiem.
A moze to efekt tego, ze w srodku znajduje sie zawsze ten sam wklad, czyli ja.
I silna swa osobowoscia przycmiewam sukienki?


Chyba pora cos zmienic.
Zaczac nosic wielofunkcyjne dzianiny.
W jednym programie telewizyjnym pokazywali szara swetrowa z golfem w pieciu wariantach.
Sama nie wiem. Ale nalezy przyznac, ze wielorakie mozliwosci teoretycznie istnieja.


Sylwestra w zasadzie tez nie mialam w planach. A tu prosz.
I nawet idzie z nami dziecko. Na poczatek duze.
Syn, na wiesc, ze jego ojciec wybiera sie na sylwestrowe party, poplakal sie rzewnymi lzami, gdyz mial wobec rodzica inne plany: myslal, ze z tatusiem i kolega i tatusiem kolegi beda puszczac fajerwerki.


I w szloch.


Ja na to, jako osoba dalekowzroczna, do malzonka: Nagrywaj!
Krec, jak ryczy, ze nigdzie nie idzie! Puszcze mu za lat piec (?), kiedy oswiadczy, ze chce isc na sylwestra z  k o l e z a n k a m i.


Na to syn, z godnoscia, ze on nie bedzie  n i g d y  chcial isc na sylwestra z  z a d n y m i  kolezankami.


Acha, acha! Sie zobaczy.



wtorek, 30 grudnia 2008

lub czasopisma

Panie z telewizora wykrzykuja:


- Tina taka jak ja!
- I ja!


Na co Bunio, z nocnika: I ja!!!



etykieta zastepcza

Stare kobiety kupuja mieso.


Takie spostrzezenie. Jak jechalam kolo miesnego mnie opadlo.
Ponadto, droga Balladyno, twoj kapelusz z soboli mieszka u mnie w samochodzie.


Czy cos jeszcze?
Moze potem, jak oprzytomnieje.


Czekam az mi sie platki nesvita struskafkami rozkleja, to zjem, potem moze wypije kawe, jak dozyje, a nastepnie z czystym sumieniem zemdleje.


Male dziecko jest chore (osz, jakie to niedobre, za slodkie, dziwne) i noca co kwadrans wola pic.
Cztery noce juz tak wola.
Ponadto wasko wyspecjalizowalo sie w pluciu lekami na metr i nie sposob mu czegokolwiek zapodac. Barujemy sie z malenstwem we dwojke z malzonkiem, lecz chocby przyszlo tysiac atletow i kazdy zjadlby tysiac kotletow, to rozkoszne dzieciatko i tak wszytko wypluwa sobie za kolnierz.
Oraz nic nie je. Od trzech dni.
Bardzo mnie to cieszy, bo lubie kosciste bachory.


Nie no, musze sie zwinac w klebek pod biurkiem. Nie widze innej drogi
Panstwo wybacza.



piątek, 26 grudnia 2008

uwaga: dzieciatko!

Swieta sa dla mnie za trudne.


Co prawda obralismy z malzonkiem linie bon ton: prosze, dziekuje, przepraszam (wszystko z zaimkiem „kochanie”), co prawda pozwalamy duzemu dziecku na naduzywanie komputera, dzieki czemu nikt nie pląsa i nie kląska, ale.
Ale male dziecko oszalalo. Za to.
Zwariowalo od nadmiaru wszystkiego: wizyt, prezentow, smakolykow i choinek.
Wszedzie choinki!
Rozlegurowal mu sie cakowice misternie zaprogramowany autopilot.


I ryczy. I sie absolutnie nie zgadza. I protestuje.


Zaczelo sie w Wigilie, kiedy to zasnawszy na chwile w samochodzie, uznalo, ze juz sie wyspalo i polozone do lozeczka odmowilo pojscia spac.
Dobrze, w ramach ABSOLUTNEGO WYJATKU zostalo z lozeczka wydobyte i postawione ponownie w okolicy choinki.
Kolo polnocy ponowilismy probe pacyfikacji. Niestety, bylo juz za pozno.
Dziecko sie wyspalo i juz. Wobec czego wlozone do lozeczka ryczalo tak dlugo, glosno i straszliwie, ze litosciwa matka zabrala je do swojego loza, gdzie usnelo laskawie, ale za to co godzine ryczalo kontrolnie jak zegar z kukulka, dzieki czemu matka w pierwszy dzien swiat miala zemdlec.


Nastepnego dnia, po odbyciu kolejnych wizyt i choinek i prezentow, dziecko wiedzialo juz jak postepowac z rodzicami.
Ponowilo zatem szeroki wachlarz wrzaskow, naglych atakow glodu i pragnienia, prob zwymiotowania i kaszlowych zadlawien.
Niestety, trafila kosa na kamien.
Zrodzil sie konflikt interesow, wskutek ktorego dziecko, sila zmuszane przez podlych rodzicow do snu, stracilo glos i rzezi nieprzyjemnie.
Zwazywszy, ze dzisiaj czeka nas kolejna porcja wizyt, prezentow, choinek i KOTOW to ja, jako matka, rosze o azyl.


W polncnej Finlandii.



Rozkoszne malenstwo wlasnie przyszlo i, pchajac lapki do klawiatury, pozdrawia wszystkich tego miejsca.



czwartek, 25 grudnia 2008

christmas time

Kot do Żony Kota:
Zastanawiam sie nad prezentem dla mamy. Nie wiesz przypadkiem o czym marzy moja mamusia?
Żona Kota: Zeby mnie obesrało?


KURRRTYNA


P.S. Z okazji nadchodzacych Swiat Bozego Narodzenia zycze wszystkim spelnienia marzen!



poniedziałek, 22 grudnia 2008

przygoda bez milosci

Naczytalam sie o porodzie orgazmicznym i teraz mysle.
Teraz mysle, ze to jest bardzo mozliwe.
Szalenie prawdopodobne. Jest tylko jeden szkopul: sluzba zdrowia.


Sluzba zdrowia powoduje anorgazmie w ogole, a w trakcie porodu to juz calkiem.
Ozieblosc plciowa murowana.
Nie od dzis jestem swiecie przekonana, ze porod moglby byc prostszy i przyjemniejszy, gdyby sluzba zdrowia z calych sil nie przeszkadzala.
Obecnie co prawda zakloca przebieg jakby troche mniej, ale i tak nie ustaje w dzialaniach majacych na celu calkowite zatrucie porodu.


No bo wezmy taka mnie. Wierze w cialo. W instynkt. Nie wierze w znieczulenie zewnatrzoponowe i w dolargan.
Mysle chelpliwie, ze wiem jak urodzic dziecko.
Nie krzycze, nie mdleje, nie histeryzuje.
Twarda jestem i odporna.


Na golasa przy stazystach? Prosze bardzo.
Dzwi otwarte? Z przyjemnoscia.
Lewatywa? Dawac dwie!
Golenie? Po calosci!


Ale potem NIE PRZESZKADZAC! DO NOT DISTURB!


A tu: nie ma!
Lataja za czlowiekiem z kroplowka z oksytocyna i probuja wbic.
Podlaczaja do KTG i patrza ze zbolala mina.
Przysylaja umyslnego, zeby sporzadzil ankiete w przerwach miedzy skurczami.
Sugeruja odplatna mozliwosc znieczulenia za wynagrodzeniem.
W karcie maja rowniez cesarskie ciecie na zyczenie. Powiedz tylko slowo.
Kazda mysla, mowa, uczynkiem i zaniedbaniem daja do zrozumienia, ze bez szczykawek
NIE DASZ RADY.


Najlepsze zostawiaja sobie jednak na koniec.


Po beztroskiej zabawie z pileczka, kiedy to wszystko idzie jak po masle i rozwiazanie jest juz tuz tuz, lapia czlowieka i kaza mu sie wdrapac na podejrzanie wysoki tapczan co lekko uwlacza ludzkiej godnosci.
Nastepnie lokuja pacjentke w orientacji glowa nizej i kaza przec pod gore.
Koniecznie musi byc do gory nogami, bo inaczej by bylo za prosto.


A kiedy okazuje sie, ze wskutek zmiany polozenia obiektu o 180 stopni, akcja porodowa cofa sie do punktu wyjscia, wtedy nadciaga wykwalifikowana odsiecz w osobie starodawnej ginekolożycy z kokiem na czubku i, tracajac bezceremonialnie poloznice w noge, mowi z pretensja w glosie: Kocham cie! (Zart!)


Rozkazuje mianowicie, zniecierpliwiona do granic ludzkiej wytrzymalosci: Nooo, przyj!!! (kawa jej stygnie)
I dodaje na stronie, wywracajac oczami: Opalac sie tu przyszla!


I co moze zrobic, przewrocona jak biedronka na plecy, bezbronna poloznica na takie dictum?
Co moze?


Jak to co moze?
MOZE DOSTAC ORGAZMU!
A nawet powinna.



piątek, 19 grudnia 2008

cukru cukru

Z cyklu: tu zaszla zmiana.


Jako dziecko mialam na buzi doleczki, teraz mam dola.
Przewaznie.


Oraz noga mi wypadla. Nie czarujmy sie: z dupy.
Albo obie. Nie wiem, bo ta jedna boli bardziej i przycmiewa druga.
Tu pytanie do reumatologow i ortopedow-traumatologow (o ile sa na sali): czy noga moze wypasc ze zgryzoty? Z dupy oczywiscie?


A dupa z tylu.


Zmartwienie mi zawsze ponadto narasta, gdy widze kolezanki ze zakladu w ich przepastnych samochodach terenowych.
Jak ogolnie wiadomo, samochody terenowe nie sa tanie.
Oraz, jak ogolnie wiadomo, u nas na zakladzie z wynagradzaniem pracownikow sie nie przesadza. Motywacja finansowa jest bliska cyfrze zero.
Odczuwam to, przykladowo, wychodzac do pracy, kiedy to sie wlasciwie wywlekam za szalik a ta z doleczkami we mnie buczy, ze nigdzie nie pojdzie.
Ta z dolem do tamtej mowi ponuro: nie pierdol, idziemy.
I ma dola.
Nic dziwnego.


Zatem, wracajac do sprawy, zastanawiam sie, skad one biora walory na benzyne do tych potworow? Czy im wtedy nie zabraknie na waciki?
I kim, u diabla, sa ich mezowie?!


Nie no, dobra, wlaczam antypolska mantre: niech sie innym wiedzie i mnie tez, niech sie innym wiedzie i mnie tez.


Nie zebym zaraz pargnela posiasc samochod terenowy z orurowaniem.
Orurowanie wykluczam ze wzgledu na walesajace sie po pasach tlumy niefrasobliwych przechodniow.
Na domiar jestem przeciez freeganka a zadna szanujaca sie freeganka nie wsiadzie do czegos co pali 20/100.


Ale czemu nie mam wyboru?
Dlaczego mi tu nie stoja tlumy bogatych mezow z oferta kluczykow do pojazdow terenowych (koniecznie nowych, zafoliowanych)? A ja: nie i nie.


Ach, nic.


Moj maz kupuje wille na Filtrowej i tego sie moze trzymajmy.